„Zasadnicze pytanie w
profilowaniu kryminalnym brzmi: co robi morderca, choć wcale nie musi tego
robić?”
Każdy ma czasami chwile słabości, chwile, kiedy czujemy się
bezradni, i choć bardzo nie chcemy, ulegamy pokusom. Przeważnie chodzi o coś
mało szkodliwego, jak zjedzenie kolejnego kawałka czekolady, czy zostanie w
łóżku jeszcze te „pięć minut”. Tak, wtedy nie ma problemu, po prostu później
będziemy musieli to nadrobić. Ale co wtedy, jeżeli twoją pokusą jest chęć
zabicia kogoś? W końcu, życia już nie przywrócisz…
„Myślę, (...) że los chce, abym został seryjnym mordercą.”
Jeśli wierzyć napisowi na okładce, to „Nie jestem seryjnym mordercą” przeznaczone jest głównie dla fanów „Dextera”. Co prawda, nigdy nie oglądałam, nie mogę też powiedzieć, że słyszałam, ale obiło mi się o uszy, że to serial dla ludzi o mocnych nerwach. Mimo, że widok krwi, także własnej, mnie nie przeraża, zdecydowałam się na książkę. Dlaczego? Bo chyba łatwiej jest czytać niż oglądać...
Miasteczkiem Clayton, dotychczas spokojnym i pozbawionym szokujących wydarzeń, wstrząsa seria tajemniczych morderstw. Policja jest bezsilna, żadne stosowane metody nie pozwalają odkryć przestępcy i powstrzymać go przed kolejnymi zbrodniami. Ale w tym małym miasteczku znajduje się osoba, która mogłaby pokonać mordercę. To John Cleaver, piętnastoletni chłopak ogarnięty obsesją na punkcie seryjnych morderców. John myśli jak morderca i potrafi przewidzieć kolejne kroki zbrodniarza. Rozpoczyna się walka z czasem, bo zabójca się rozkręca i ginie coraz więcej osób...
„Seryjni mordercy tym się charakteryzują, że zabijają wiele razy.”
John Cleaver, główny bohater książki, przez osobę postronną zostałby pewnie oceniony jako chłopiec całkowicie normalny, tylko unikający towarzystwa. Jednak został pominięty bardzo istotny szczegół – nikt nie wie, co dzieje się w głowie tego piętnastolatka. Każdego dnia John toczy walkę ze swoją mroczną stroną, zresztą nie bez powodu zwaną Panem Potworem. Codziennie robi wszystko, co w jego mocy, żeby powstrzymać się przed zbrodnią, ustanowił sobie nawet szereg zasad, które mają mu w tym pomagać. Na pierwszy rzut oka wszystko ładnie, bohater przedstawiony i wykreowany należycie, jednak mnie nie opuszcza przeświadczenie, ze coś tu nie gra. W końcu jaki nastolatek staje się od razu socjopatą tylko dlatego, że jego mama ma zakład pogrzebowy? Jak dla mnie, widok rozkładających się ciał niemal na co dzień powinien wywołać raczej uraz, a nie niezdrową fascynację. Takie rzeczy tylko w Ameryce!
Przypadki chodzą po ludziach. Seryjni mordercy też. Ale oni to raczej wolą zabijać…
Kiedyś już wspominałam, że nie przepadam za narracją pierwszoosobową. Jednak kolejny raz muszę przyznać, iż w tym przypadku jest ona znowu jak najbardziej na miejscu. Ten sposób pozwala nam nie tylko na przekaz informacji o akcji z pierwszej ręki, bo od samego Johna, daje także możliwość dokładnego wglądu na jego psychikę. A jest tam co oglądać! W głowie chłopca roi się od myśli o morderstwach, wiadomości o seryjnych zabójcach, czy nawet misternych planów zbrodni. Akurat przy tej okazji to mu nawet pomaga, ale ciężko wyobrazić mi sobie nastolatka myślącego, jak by tu kogoś zabić. Jednak czepiać się nie będę, wszak autorowi chodziło właśnie o to, żeby John wyglądał tak w naszych oczach.
„... aby zaklasyfikować coś jako żywą istotę, musi ono odżywiać się, oddychać, rozmnażać się i wzrastać...Ogień, zgodnie z tą definicją, tętni życiem. Pożera wszystko od drewna po mięso, wydala popiół i oddycha powietrzem jak człowiek - pobiera tlen, oddaje dwutlenek węgla...”
Jest jeszcze jedna rzecz, której nie zapomnę po lekturze tej książki. Są to mianowicie nieco makabryczne opisy balsamowania ciała – zabiegu bardzo powszechnego w życiu Johna. Może dla niego to normalka, ale ja czułam się zniesmaczona „naciętą tętnicą” i tym, że „z ciała powoli wypływały wszystkie substancje, w tym zakrzepła krew”. Zresztą, tak samo przeszkadzały mi dokładne relacje z morderstw, których John był świadkiem. Nie wiem jak innych, ale mnie nie pociąga wizja wypruwanych flaków, dlatego w niektórych momentach musiałam mocno hamować wyobraźnię. Ale mogę gwarantować, że Dan Wells nie zawiedzie miłośników wszelakiej makabry.
„Bać się można rzeczy, które od nas nie zależą - przyszłości, ciemności czy kogoś, kto próbuję cię zabić.”
A więc dla kogo przeznaczona jest książka o Johnie Cleaverze, nastoletnim socjopacie? Z pewnością grupą docelową jest młodzież, tutaj nie mam wątpliwości. Nie jestem jednak do końca pewna, czy „Nie jestem seryjnym mordercą” przypadnie do gustu osobom, które po prostu szukają w książkach czegoś więcej, czegoś, czym „Nie jestem seryjnym mordercą” nazwać nie można. Ot, miła historia na kilka wieczorów, chociaż przyznaję, że bardzo wciągająca. Dlatego też, nie odradzam ani nie zachęcam – sami musicie zdecydować, czy chcecie wkroczyć do mrocznego umysłu Johna Cleavera.
Seria o Johnie Cleaverze:
„Nie jestem seryjnym mordercą”
„Pan Potwór”
„Nie chcę cię zabić”
I na dokładkę, całkiem interesujący trailer wyszukany w Internecie:
„Geniusz i szaleństwo często leżą bardzo blisko siebie.”
Teoretycznie nie powinnam oceniać książki po okładce, ale przy „Pożeraczu snów” to chyba niemożliwe. Od razy przyciąga wzrok, a wtedy nawet schematycznie brzmiący opis nie ma znaczenia. No ale nie miałam mówić o okładce, a o konkretach...
Jeśli chodzi o fabułę, to opiera się ona na przetartych już dawno założeniach:
Mamy zwyczajną, z tym, że bardzo wrażliwą nastolatkę. Pewnego dnia przeprowadza się ona z tętniącej życiem Kolonii na wieś. Siłą rzeczy, strasznie jej się to nie podoba, dlatego też podczas ‘parapetówki’ zorganizowanej przez jej rodziców, wymyka się na dwór. Nie przewiduje tylko, że nagle rozpęta się burza, która odetnie jej drogę do domu i przemoczy ubranie, o stracie w postaci obuwia nie mówiąc. Gdy dziewczyna jest już zrezygnowana i nie ma nadziei na szybki powrót do domu, pojawia się chłopak na koniu i ratuje ją. To Colin Blackburn – miejscowy odludek, uważany czasami za psychopatę. Brzmi cudownie, prawda? Dodajmy jeszcze niewyjaśnione tajemnice rodzinne, kilku (oj, nielicznych) przyjaciół głównej bohaterki, nierealne sny, piękne i przerażające za razem. A, jeszcze czające się niebezpieczeństwo i rasowy paranormal gotowy.
Do tej pory każde działanie Ellie było dostosowywane do panującej mody i ‘przyjaciółek’. Dlatego Elizabeth prostowała włosy, przekłuła sobie pępek, czy regulowała brwi. Zawsze starała się nie odstawać od tłumu i zbytnio się nie wyróżniać. Ale przez cały czas zamieszkiwania w Kolonii prawdziwe JA Ellie czekało na dogodny moment, żeby wreszcie pokazać się światu. Taki czas nastaje zaraz po przeprowadzce, gdzie Ellie nie zna nikogo z wzajemnością, gdzie może wreszcie pokazać się od prawdziwej strony. To jeden z atutów książki – razem z Ellie możemy obserwować jej własną przemianę, czy coraz dojrzalsze zachowanie. Oczywiście, dziewczyna nie zmienia się cała. Nadal jest uparta, a także nie słucha co się do niej mówi. Posiada całkiem przydatną umiejętność kojarzenia faktów, dzięki której dosyć szybko rozgryza tajemnicę ojca, musi się tylko pomęczyć przy odgadnięciu tożsamości Colina, ale to chyba stały element w paranormalach.
Właściwie, to przemianę Ellie zapoczątkował Colin – kolejny bohater odgrywający większą rolę w tej książce. Z kolei o nim wiemy niewiele, już nie wspominając o jego przeszłości. Autorka pozwala nam się dowiedzieć tylko, że jest świetnym karateką, swego czasu dał się porwać modzie na piercing, a mieszkańcy pobliskiego miasteczka jak i wsi uważają go raczej za odludka i nie nawiązują z nim większych kontaktów.
Narracja z punktu widzenia Ellie działa na korzyść powieści, a nawet sprawia, że ponad pięćsetstronicową powieść czyta się szybko i z rosnącym zainteresowaniem. Główna bohaterka jest typową samotniczką, dlatego nie pojawia się wiele dialogów, ale gdy już Elizabeth z kimś rozmawia, wydają się one realistyczne i niewymuszone. Pozostały tekst to głównie opisy – miejsc, czy po prostu przebiegu akcji. Zazwyczaj takowe mnie nudzą, ale te w „Pożeraczu snów” czytałam z zaciekawieniem, a czasami uśmiechem. Wszystko to za sprawą niezwykle plastycznego języka, barwnie przedstawiającego zarówno miejsca, jak i bohaterów.
Można by powiedzieć, że akcja kręci się i rozwija w ślimaczym tempie, ale nie jest to minus, a wręcz odwrotnie. Potrzebujemy czasu, żeby Ellie mogła przedstawić nam swoje życie i co nie co o sobie opowiedzieć. Zamiast tak zwanych ‘zapchajdziur’ w miejscu braku ważnych wydarzeń autorka postanowiła umieścić podział na dwie pory roku i okresy przejściowe pomiędzy nimi (Wiosna, Wczesne lato, Lato i Babie Lato). Dzięki temu możemy łatwiej odnaleźć się w akcji i zorientować w upływie czasu.
Jak sam tytuł wskazuje, pomijając (nieodłączny) wątek uczucia pomiędzy Colinem i Ellie, głównym tematem „Pożeracza snów” są właśnie sny. Mimo że ten wątek występował już w literaturze młodzieżowej („Strąceni”, „Spętani przez bogów”), to motywy zawarte w powieści Bettiny Belitz niosą za sobą powiew świeżości. Nie chciałabym zdradzać zbyt dużo, co do tożsamości Colina, więc powiem tylko, że zaczerpnięcie części z wierzeń ludowych było bardzo dobrym pomysłem. Tylko szkoda, że nie wiem z jakiej kultury pochodzą te motywy, bo chętnie dowiedziałabym się więcej na ich temat.
W ogólnym rozrachunku „Pożeracz snów” wypada całkiem dobrze, a nawet wybija się z rzędu innych powieści z tego gatunku. Bettina Belitz udowodniła mi, że można stworzyć coś miłego, a przede wszystkim świeżego, mimo że nie uniknęła powielania schematów. Lubię książki, o których myślę bezustannie, zastanawiając się, co jeszcze czeka naszą bohaterkę. „Pożeracz snów” wciągnął mnie bez reszty i nie pozwolił mi się oderwać. Chociaż premiera miała miejsce już w czerwcu ubiegłego roku , to nigdy nie jest za późno, żeby zapoznać się z taką przyjemną w odbiorze historią.