Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 sierpnia 2014

Wakacje wyjazdowe: "Jeśli zostanę" Gayle Forman

Tytuł: Jeśli zostanę/Zostań, jeśli kochasz
Tytuł oryginału: If I Stay
Autor: Gayle Forman
Tłumaczenie: Hanna Pasierska
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 10 września 2014
Liczba stron: 248

Mia straciła wszystko. Czy miłość pokona śmierć?
Po tragicznym wypadku, w którym zginęli jej najbliżsi, Mia trwa w stanie dziwnego zawieszenia. Musi podjąć decyzję, czy walczyć o odzyskanie przytomności, czy też poddać się i umrzeć. Próbując rozstrzygnąć ten dylemat, wspomina dotychczasowe życie.
Poruszająca książka o dającej wsparcie rodzinie, przyjaźni, samotności i znajdowaniu swego miejsca na ziemi, o umiejętności żegnania się z przeszłością i przyjmowania tego, co nadchodzi. "Jeśli zostanę"* opowiada o potędze miłości i wyborach, których każdy z nas musi dokonać.

„Uświadamiam sobie nagle, że umieranie jest proste. To życie jest trudne.”

Pewnie wszyscy już wiecie, co się stało. Wypadek. Wypadek samochodowy, który zabiera Mię, jej małego braciszka i rodziców. Tylko Mia pozostaje na świecie jako duch, ciało bez życia. Zraniona i słaba. Nie chce opuszczać tych, których kocha, ale nie może odeprzeć myśli, że prościej byłoby odpuścić.

„To nie zależy od doktorów. Nie zależny od nieobecnych aniołów. Nie zależy nawet od Boga, który jeśli istnieje, nie przebywa akurat w okolicy. To zależny ode mnie.”

Pierwszy przymiotnik, jaki przychodzi do głowy na myśl o “Jeśli zostanę” Gayle Forman: piękna. Bo co innego można pomyśleć o książce, która jednocześnie łamie Ci serce, ale też sprawia, że jest Ci jakoś cieplej na duszy? Która sprawia, że jednocześnie śmiejesz się i smucisz? Właśnie dlatego (chociaż nie płakałam, twardzielki nie płaczą!) “Jeśli zostanę” zawsze będzie u mnie na specjalnym miejscu.

„Po prostu myślę,że z pogrzebami jest podobnie jak z samą śmiercią. Można mieć własne życzenia, własne plany, ale ostatecznie nie masz na nic wpływu.”

Powieść Gayle Froman sprawiła, że przez jakąś chwilę zapragnęłam grać na wiolonczeli właśnie tak jak Mia. Później przypomniałam sobie, jak to z muzyką mi nie po drodze, więc pomysł na szczęście porzuciłam (nie chcielibyście słyszeć, jak na czymś gram…), jednak zauważmy, że to dowodzi jak bohaterowie „Jeśli zostanę” wpływają na czytelnika. Tak jest przynajmniej dla mnie. Jeśli dla was nie, to jestem pewna, że po przeczytaniu tej książki poświęcicie chociaż chwilę na przemyślenie wszystkiego. Naprawdę, zarezerwujcie sobie czas na zastanowienie się jakie to właściwie jest to życie. Owszem zazwyczaj łatwo nie jest (life is brutal, full of zasadzkas…), ale kiedy otaczają Was ludzie, których kochacie, ominięcie wszelkich przeszkód staje się znośniejsze.

,,I założę się, że będzie silniejszym człowiekiem z powodu tego, co dzisiaj straci. Mam wrażenie, że kiedy się przeżyje coś takiego, człowiek staje się trochę niezwyciężony.”

Cała struktura książki opiera się na wspomnieniach, którymi Mia się z nami dzieli. Akurat w tym nic niezwykłego nie ma, ale imponujące jest to, że w każdej kryje się jakiś przekaz, rzecz, nad którą warto się zastanowić. „Jeśli zostanę” jest właśnie taką książką zasługującą, żeby każdy ją przeczytał i odczuł na własnej skórze tę atmosferę.

Niestety była jedna rzecz, po której spodziewałam się czegoś lepszego – styl pisania autorki. Czytałam mnóstwo reenzji wychwalających język książki pod niebiosa, ale tak naprawdę nie zauważyłam niczego wspaniałego. Oczywiście, “Jeśli zostanę” jest napisane całkiem przyzwoicie, kreując atmosferę pasującą do historii I emocji bohaterów, ale tak samo było w wielu innych książkach jakie czytałam – nic niezwykłego. To jest jedyna przyczyna, czemu nie daję pełnych dziesięciu punktów. Cała reszta była wręcz perfekcyjna!
*z premedytacją używam tego tytułu, ponieważ nowy, filmowy nie podoba mi się :c

Moja ocena: 9/10

Na koniec trailer zapowiadającej się obiecująco ekranizacji:



wtorek, 21 sierpnia 2012

Oni są ważniejsi


Tytuł: 
1. "Akademia wampirów" - RECENZJA
2. "W szponach mrozu" - opis
3. "Pocałunek cienia" - opis
4. "Przysięga krwi" - opis
5. "W mocy ducha" - opis
6. "Ostatnie poświęcenie" - opis
Autor: Richelle Mead
Tłumaczenie: Monika Gajdzińska
Seria: Akademia wampirów
Wydawca: Nasza Księgarnia
Moja ocena: zasłużone 9/10


„Pomyślałam, że nie można się zmusić do miłości. Albo jest, albo jej nie ma. Jeśli nie, trzeba umieć się do tego przyznać. A kiedy się kogoś kocha, należy robić wszystko, żeby ten ktoś był szczęśliwy.” [„W szponach mrozu”]

Każda książka ma swoją własną rzeczywistość. Jedne lepszą, inne trochę gorszą, ale wszystkie mają jedną wspólną cechę. Każda z nich żyje tylko dzięki wyobraźni czytelnika. Jednak tylko niektóre porywają czytelnika w swój świat tak, że bez wahania przeniesiemy się w świat fantastyki. Do takich z pewnością należy seria Richelle Mead o Rose Hathaway, dampirce połączonej niezwykłą więzią z ostatnią przedstawicielką arystokratycznego rodu Dragomirów.

„Rose jest w czerwieni, lecz nigdy w błękicie. Ostra jak kolec, dzielna nad życie.” [„Pocałunek cienia”]

[Pozwolicie, ze oszczędzę sobie wstawianie opisu fabuły pięciu tomów, bo zajęłoby to trochę miejsca... Ogólnie ciężko będzie ogarnąć je wszystkie w jednej recenzji, ale cóż, spróbuję.]

Na przestrzeni pięciu tomów przez tytułową Akademię przewija się mnóstwo postaci. Każda z nich jest na swój sposób ciekawa i interesująca. Richelle Mead udzieliła im wszystkim dużo uwagi, dzięki czemu stają się one plastyczne i niezwykle realistyczne, jak na istoty fantastyczne, oczywiście. Szczerze, nawet zdarzały się momenty, kiedy zupełnie zapominałam, ze znajduję się w otoczeniu wampirów. Cóż, wampirów o ludzkich odruchach.

„Nie dobijaj się tym, co mogłaś, albo powinnaś była zrobić. Przeszłość jest już za nami. Ruszaj ku przyszłości.” [„Przysięga krwi”]

Nie da się ukryć, najwięcej uwagi otrzymuje główna bohaterka serii, Rose. Tak jak i w poprzednich częściach Hathaway prowadzi narrację i trzeba przyznać, ze całkiem zgrabnie jej to wychodzi. Opisy Rose są zawsze dynamiczne, także słynne wynurzenia, jakie w zwyczaju mają główne bohaterki, zostały ograniczone do minimum, dzięki czemu akcja staje się płynna i bezzwłocznie wciąga czytelnika.
Sporym ułatwieniem były przypomnienia umieszczane zwykle na początku książki. Autorka sumiennie zadbała, żeby wszystko okazywało się jasne i przejrzyste, więc później nie ma nawet cienia szansy na zagubienie w wydarzeniach. Domyślam się, ze będzie to istotne dla osób, które czytają poszczególne tomy ze znacznymi odstępami, więc za to plus dla pani Mead.

„... Fakt, że żyjemy oznacza, że powinniśmy żyć – spierał się (Adrian). – Zwłaszcza, jeśli i tak dostaliśmy dodatkowy czas.” [„W mocy ducha”]


Zawsze w pierwszej kolejności oceniam pomysł na historię, dlatego niezwykle ucieszył mnie fakt, że pani Mead wykreowała porywającą, wielowątkową opowieść.  Każdy wątek idealnie wpasowywał się w pozostałe, a żadne wydarzenie nie było bezpodstawne. Nigdy także nie czułam się znużona, gdyż wydarzenia następowały po sobie z ogromną szybkością, nie dając chwili wytchnienia. Mam tu na myśli przede wszystkim szósty tom, „Ostatnie poświęcenie”, chociaż pozostałe również na tym polu nie ustępują.

„Czasem zależy nam na kimś i lubimy spędzać z nim czas, ale to nie wystarcza, żeby być razem.” [„Ostatnie poświęcenie”]

Jestem trochę zmartwiona tym, że to już koniec przygód Rose, jednakże nie żałuję ani jednego momentu spędzonego  w Akademii Wampirów. Przebijając się kolejno przez wszystkie sześć tomów seria powoli stawała się jedną z moich ulubionych, wypierając takie tytuły jak „Żelazny król”, czy Trylogię Czasu. A to już coś! Na szczęście Mead szykuje już kolejną serię, gdzie spotkamy się z tymi samymi bohaterami, a także wieloma innymi, jednak nie jestem pewna, czy „Kroniki krwi” przebiją Akademię...

A tak na marginesie, myślicie, ze nowa seria to odcinanie kuponów, czy może raczej szansa na rozwinięcie niektórych wątków?


piątek, 20 lipca 2012

Witajcie w Dolinie Szkieletów!

Tytuł:
Tom I: "Dolina szkieletów"
Tom II: "Duch w machinie"
Oryginalny tytuł:
Tom I: "Skeleton Creek. Ryan's Journal"
Tom II: "Skeleton Creek. Ghost in the Machine"
Autor: Patrick Carman
Tłumaczenie: Anna Studniarek
Seria: Dolina szkieletów #1, #2
Wydawca: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 191 + 191


„Był moment, że pomyślałem: No tak, jestem martwy.” [„Dolina szkieletów”, s. 5]

Zastanawialiście się kiedyś jak nakłonić kogoś do czytania książek? Sama wiele razy próbowałam, ale niestety z marnym skutkiem. Za to niedawno natrafiłam na idealną propozycję. Patrick Carman wychodzi naprzeciw oczekiwaniom i przygotowuje dla nas ucztę -  zarówno dla zapalonego mola książkowego, jak i zdecydowanego przeciwnika. Co z tego wynikło?

Coś dziwnego dzieje się w Dolinie Szkieletów *. Ryan był bliski odkrycia prawdy, przez co omal nie zginął. Teraz leży w domu ze złamaną nogą i wie, że nie może ufać nikomu. Ma tylko swój dziennik, a w nim wszystkie spostrzeżenia.
Tymczasem, jego przyjaciółka Sara dokonuje kolejnych  odkryć. Nakręcone o nich filmy umieszcza w sieci. Co wydarzyło się na dradze w nocy wypadku?
Jedno jest pewne – ukryta w lesie draga tak łatwo nie odda swoich tajemnic, a ktoś – żywy lub martwy – dodatkowo przeszkadza przyjaciołom.

„Wasza ciekawość natrafi na wybuchową siłę.” [„Duch w machinie”, s. 6]

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to przede wszystkim staranność wydania, jak i cała praca nad książkami. Dziennik Ryana wygląda zupełnie  jak zeszyt, włączając w to specjalną czcionkę. Obawiałam się, że skutecznie utrudni mi ona czytanie, ale z czasem odczyt przychodzi coraz łatwiej, a my możemy dalej zagłębiać się w burzliwą przeszłość Doliny Szkieletów. Umieszczone na specjalnej stronie (dolinaszkieletow.pl) filmiki dopełniają akcję i nadają wydarzeniom trochę grozy. Z jednej strony jest to ciekawy pomysł, by połączyć czytanie z oglądaniem, jednak niezbędny jest tutaj dostęp do Internetu. Inaczej część pisana staje się coraz bardziej niezrozumiała, co oczywiście odbiera całą frajdę.

„Czy ktoś, kto prawie cię zabił, rzeczywiście jest twoim najlepszym przyjacielem?” [„Dolina szkieletów”, s. 50]

Bohaterowie zostali potraktowani trochę po macoszemu; nie wiadomo o nich zbyt wiele. Z zachowania można wywnioskować, że oboje cechuje nieziemska odwaga – przynajmniej w moim odczuciu. Ja już po pierwszym wydarzeniu nie wychylałabym nosa z domu. Chociaż już na samym starcie mogę stwierdzić, ze to raczej Ryan twardo stąpa po ziemi, Sarę kwalifikuję do swego rodzaju „wolnych duchów”, czyli robi, co chce i dobrze jej z tym. Zarówno chłopak, jak i dziewczyna zasługują na sympatię, co i rusz udowadniając siłę swojej przyjaźni, często łamiąc postawiony po wypadku zakaz kontaktowania się.

„Nie zmuszaj mnie, żebym po ciebie przyszedł.” [„Duch w machinie”, s. 42]

Całość napisana jest w formie pamiętnika. Wydarzenia poznajemy z pierwszej ręki, bo od bezpośredniego uczestnika wydarzeń, Ryana. Chłopak pisze bardzo prostym językiem; na papier przenosi zwyczajnie to , co myśli, nie bawiąc się w przesadne ubarwienia. Dlatego nawet kilka razy zastanawiałam się, czy historia opisana w książkach przypadkiem nie wydarzyła się naprawdę. Jednak chwilę potem klepałam się w czoło otwartą dłonią, przekonując samą siebie, gdyby wydarzenia opisane w książkach raczej się nie odbyły. Ale każdy zasługuje na przygodę, prawda?

„Stary Joe Bush dał się wciągnąć w tryby, bo nie zachował ostrożności. Ty sam prawie zginąłeś, robiąc coś ryzykownego. Niech to się nie powtórzy.” [„Dolina szkieletów”, s. 98]

Jestem niemal pewna, ze czegoś takiego jeszcze nie było. Pomysł Carmana zaliczam do tych jak najbardziej udanych, a całej ekipie pracującej nad „Doliną szkieletów” i „Duchem w machinie” należą się gromkie brawa. Całość wciąga na tyle mocno, że historię Doliny Szkieletów chce się połknąć jednych tchem, a na przeszkodzie może stanąć jedynie brak dostępu do Internetu. Dlatego jest to raczej marna propozycja na podróże, ale w domu, na fotelu – jak najbardziej.

*Urocza nazwa, nieprawdaż?

Projekt Dolina szkieletów:
  1. „Dolina szkieletów”
  2. „Duch w machinie”

Za obie książki serdecznie dziękuję Pewnej Tajemniczej Osobie. Dzięki, B.!

*************************
Taaa, znowu Was opuszczam. Ale nie martwicie się, już 14 sierpnia wracam z kolejną porcją moich irytujących komentarzy :D


poniedziałek, 25 czerwca 2012

Posępne mury Akademii św. Władimira

Tytuł: "Akademia wampirów"
Oryginalny tytuł: "Vampire academy"
Autor: Richelle Mead
Tłumaczenie: Monika Gajdzińska
Seria: Akademia wampirów #1
Wydawca: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 336
Moja ocena: 8/10

„Ludzie się zmieniają. Zauważyłaś, prawda? Nie jesteś taka sama jak wtedy. Ja też się zmieniłam.”” [s. 154]

Ostatnimi czasy wampiry przeszły ogromną metamorfozę. Od krwiożerczych bestii stały się błyszczącymi Edwardami i tym podobnymi. Nie da się nie zauważyć, że ogromną rolę miała w tym współczesna literatura młodzieżowa. Także Richelle Mead ma w tym swój wkład, a to za sprawą książki pod tytułem „Akademia wampirów”, otwierającej cykl powieści o tym samym tytule z popularnego gatunku paranormal.

W akademii imienia św. Władimira wampiry - moroje -  uczą się używania swoich nadprzyrodzonych mocy. Dampiry trenują sztuki walki, żeby w przyszłości jak najlepiej ochronić przypisanego im moroja przed strzygami, istotami, które czają się na życie tych pierwszych. Teoretycznie mury szkoły powinny zapewnić swoim podopiecznym schronienie. Ale co, jeśli niebezpieczeństwo kryje się w środku? Lissie z arystokratycznego rodu morojów coś grozi. Czy Rose, dampirka, zdoła uchronić przed tym przyjaciółkę?

Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to dokładne ukazanie hierarchii w Akademii. Z tego już na początku wiem, że bardzo uprzywilejowaną grupą są moroje, zapewne ze względu na ich czystą krew. Jeszcze wyżej od nich plasuje się arystokracja – przedstawiciele wampirzych rodów królewskich, do których należy także Lissa. Co mi się spodobało, nie wywyższa się ona ponad wszystkich ze względu na pochodzenie. Taką cechę sobie cenię, dzięki czemu mogę z miejsca dopisać Lissę do grona moich książkowych przyjaciół.
Za to dampiry, których krew zbrukana jest genami ludzkimi już na taką uwagę nie zasługują, chociaż również odgrywają ważną rolę.  Należy do nich Rose, dziewczyna połączona z Lissą telepatyczną i zarazem tajemniczą więzią. Także zaliczam ją do udanych bohaterek – swoją odwagą i zaradnością ujmuje już od początku. To zwykła dziewczyna, jakich pełno, można by rzec, ale wyróżnia ją cięty język. Dodatkowo częsta nerwowość i nieumiejętność zapanowania nad swoimi uczuciami czy nią z niej osóbkę nieidealną, a takie przecież stały się towarem deficytowym.

Z początku bardzo ciężko było mi się wczuć w akcję. Dostałam informację, że Rose i Lissa uciekły z Akademii. Zapomniano mi jednak powiedzieć, dlaczego. Stało się to utrudnieniem, ponieważ nie mogłam zrozumieć, o co w książce chodzi. Na szczęście, jakiś czas później wszystko się wyjaśniło, po czym już bez przeszkód mogłam zatapiać się w lekturze i czerpać z niej prawdziwą przyjemność.

Akcja książki do najszybszych nie należy, ale do najwolniejszych także. Początek służy zapoznaniu nas z bohaterami i ogólną sytuacją, by w części środkowej nie przytłoczyć czytelnika nagromadzeniem informacji. Całość rozkręca się w największym stopniu na samym końcu, gdzie wyjaśnia się wszystko, o czym czytaliśmy, chociaż Richelle Mead zostawia sobie nieśmiałą furtkę do następnej części, po którą z pewnością sięgnę.

Przewracając pierwsze kartki nie mogłam przyzwyczaić się do narracji pierwszoosobowej z punktu widzenia Rose. Mimo, że naprawdę zapałałam do tej bohaterki sympatią, nie mogłam wyobrazić sobie jej w tej roli. Także moja antypatia do tego sposobu przekazywania wydarzeń zadziałała na niekorzyść, ale na szczęście potem było tylko lepiej, a obsadzenie Rose jako narratora wydało mi się bardzo dobrym pomysłem, dzięki któremu mogłam dowiadywać się o wydarzeniach z pierwszej ręki.

Mimo kiepskiego początku, w ogólnym świetle całość wypada bardzo dobrze. Richelle Mead połączyła w swojej powieści najistotniejsze punktu, które powinny się w takowej znaleźć. Mamy więc oryginalnych i niewyidealizowanych bohaterów, ciekawą i intrygującą akcję, zahaczając na końcu o wątek sensacyjny oraz ciekawy pomysł, mimo osadzenia wydarzeń wśród oklepanego tematu wampirów. To wszystko dało mi przeczucie, ze pani Mead niejednym mnie jeszcze pozytywnie zaskoczy, dlatego jak najszybciej rozejrzę się za kolejnym tomem tej serii.

Cykl Akademia wampirów:
1. "Akademia wampirów"
2. "W szponach mrozu"
3. "Pocałunek cienia"
4. "Przysięga krwi"
5. "W mocy ducha"
6. "Ostatnie poświęcenie"

*********
Prawdopodobnie jest to moja ostatnia recenzja przed wakacjami, gdyż już w tę sobotę wyjeżdżam na dwa tygodnie. Dlatego już od razu chciałam życzyć Wam udanych wakacji!



wtorek, 14 lutego 2012

"Przyrzeczeni" Beth Fantaskey

Tytuł: "Przyrzeczeni"
Oryginalny tytuł: "Jessica's Guide to Dating on the Dark Side"
Autor: Bath Fantaskey
Tłumaczenie: Anna Płocica
Wydawca: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 401

Jesteśmy sobie przyrzeczeni od dnia narodzin"

Ostatnio większość książek łączy jeden temat przewodni – wampiry. Mnie osobiście, już się one przejadły, ale postanowiłam dać im jeszcze jedną szansę w postaci „Przyrzeczonych” autorstwa Beth Fantaskey. Spotkałam się z wieloma pozytywnymi recenzjami, więc gdy tylko pozycja pojawiła się w mojej bibliotece, postanowiłam wypożyczyć i wyrobić sobie o niej własne zdanie.

Świat Jessiki staje na głowie, gdy w szkole pojawia się intrygujący uczeń z wymiany międzynarodowej, Lucjusz Vladescu. Jest arogancki, irytujący i jak to zwykle w młodzieżówkach bywa, przystojny. Na domiar złego twierdzi, że Jessica (a właściwie Anastazja Dragomir) to rumuńska, wampirza księżniczka i na mocy przestarzałego świstka papieru podpisanego przez ich rody, są zaręczeni. Dziewczyna jest tym faktem zażenowana i nie chce w to wierzyć, ale czytając „Przewodnik dla nastoletnich wampirów po miłości, zdrowiu i emocjach” nachodzą ją wątpliwości…

Pod względem bohaterów, zostałam pozytywnie zaskoczona. Lucjusz, być może i posiada solidnie tępioną przeze mnie cechę ‘idealnego’, ale tutaj nie kłuło to tak oczy.  Vladecu swoją nienaganną etykietą, szarmancką i miejscami arogancką postawą, od pierwszych stron zaskarbił sobie moją sympatię. O nienagannym (może trochę przestarzałym) zachowaniu świadczą rzucane co rusz słowa, w stylu ‘zaiste’. Czasami nie mogłam się nadziwić Jess, że go odtrącała. Normalnie ciacho, jak się patrzy. Na postaci Jessiki także skupiły się moje pozytywne odczucia. Beth Fantaskey serwuje nam tutaj mocno stąpającą po ziemi nastolatkę, której nie imają się cechy typowej „czytadłowej” dziewczyny. Autorka obdarzyła ją dosyć oryginalną cechą. Otóż w chwilach stresu Jess liczy. Tak, jest prawdziwą pasjonatką matematyki i wszystkiego, co z nią związane. Być może niektórzy uznają, że to głupie, jednak dla mnie to bardzo ciekawa (i nawet przydatna) cecha. I tutaj pojawia się pytanie, czy nastolatka wychowywana w Ameryce, to dobry materiał na czarującą, wampirze księżniczkę? Na razie owa nastolatka potrafi w iście królewski sposób zdzielić adoratora widłami po głowie, ale liczą się dobre chęci, prawda?

Opowieść obfituje jeszcze w szeroką gamę bohaterów drugoplanowych. Cieszę się, że autorka nie zastosowała tutaj zasady ‘minimum’. Zauważyłam, że to dość częste, pewnie żeby czytelnik nie musiał się męczyć przy zapamiętywaniu imion. Jak już mówiłam, w „Przyrzeczonych” spotkamy się z Mindy, Jakiem, Frankiem, Dorinem, Faith. Każda z tych postaci jest bardzo dobrze wykreowana i idealnie mogę sobie wyobrazić osobowość każdej z nich.

Narracja prowadzona jest z punktu widzenia Jessiki, w narracji pierwszoosobowej. Jess nie stroni od żartów, co stale wywołuje uśmiech na twarzy czytelnika, a ja już chyba zdobyłam tytuł wariatki, sądząc po spojrzeniach domowników. Bardzo podobał mi się też pomysł przedstawiania całej sytuacji także z punktu widzenia Lucjusza. Dzięki listom pisanym co jakiś czas do wuja Wasyla pozostałego Rumunii, śledzimy, jak wyglądało wszystko z perspektywy chłopaka. W tych pisanych pospiesznie notatkach Lucjusz relacjonuje przebieg sytuacji, ale także  ocenia amerykańską kulturę, na swój wyrafinowany sposób.

Powieść wciąga od pierwszej strony. Wiele razy składałam samej sobie przysięgę, że ‘jeszcze tylko jeden rozdział’.  Oczywiście skończyło się na tym, że „Przyrzeczonych miałam za sobą już po jednym dniu. Naprawdę nie mogłam się od niej wprost oderwać. Zapewne jest to zasługa niezwykłego humoru, a przede wszystkim Lucjusza, którego z miejsca wpisuję w szereg Jace’ów, Patchów, Ash’ów i nie wiadomo kogo jeszcze. Tak, ta książka ma w sobie po prostu ‘to coś’, co sprawia, że niełatwo będzie mi zapomnieć o perypetiach (także uczuciowych) Jessiki.

„Przyrzeczonych” polecam wszystkim pragnącym miłego popołudnia, a także zniesmaczonym utworzonym po lekturze Zmierzchu wizerunkiem wampira. Beth Fantaskey połączyła w swojej książce kilka wzorów krwiopijcy, co dało piorunujący efekt, na długo zapadający w pamięć. Nieprzypadkowo recenzja pojawia się dzisiaj, wszak obchodzimy Walentynki. Lektura idealnie sprawdzi się dla singli – zabawnie opisane miłosne perypetie rozbawią i pozwolą miło spędzić czas. Oczywiście, poprzednia zasada nie odnosi się do wszystkich, każdy znajdzie w „Przyrzeczonych” coś dla siebie. Podsumowując mój wywód, bardzo dobrze bawiłam się przy książce Beth Fantaskey, a teraz pozostaje mi tylko ubolewać nad brakiem drugiej części. Naprawdę szkoda, że się na nią nie zanosi, bo chętnie zanurzyłabym się znów w świat Jessiki Packwood.

środa, 1 lutego 2012

"Król Mroku" Melissa Marr


Tytuł: "Król Mroku"
Oryginalny tytuł: "Ink Exchange"
Autor: Melissa Marr
Tłumaczenie: Natalia Wiśniewska
Wydawca: Nasza Księgarnia
Seria: "Mroczny świat wróżek" część 2
Liczba stron: 342

„Zbyt wiele dziwnych wydarzeń równa się zbyt wiele dziwnych myśli.”

Z „Królową Lata” Melissy Marr zetknęłam się już jakiś czas temu, ale drugą część serii zdobyłam dopiero teraz. Porównując obie książki, mogę powiedzieć, że różnią się one klimatem. O ile w „Królowej..” chodziło o Letni Dwór idący w parze z ciepłem, uśmiechem i beztroską, to „Król Mroku” ma charakter o wiele bardziej mroczny i niebezpieczny.

Leslie wiedziała, że tatuaż ją zmieni, ale nie przypuszczała, że tak bardzo. Nagle otworem stanął przed nią zupełnie nowy i tajemniczy świat mrocznych istot żywiących się ludzkim cierpieniem. Dziewczyna zostanie wplątana w intrygi Mrocznego Dworu, na którego czele stoi równie niebezpieczny, co charyzmatyczny i oczywiści nieziemsko przystojny Irial. Czy Leslie bez reszty zatraci się w zwodniczym, pełnym iluzji królestwie przyjemności i pragnień? A jaki los czeka  Mroczny Dwór?

Przez dłuższy czas nie mogłam przyzwyczaić się do głównej bohaterki. W pierwszej części nie za bardzo przypadła mi do gustu. Lepiej odpowiadała moim oczekiwaniom Aislinn, bądź co bądź, również wplątana w świat wróżek. Książka nie opowiada jednak o Aislinn, tylko o Leslie, więc na niej się dzisiaj skupię.

W „Królowej Lata” dziewczyna wydawała się płytką, nie wychylającą się zbytnio nastolatką, jakich pełno w dzisiejszej literaturze. W „Królu Mroku” wyjaśniają się motywy jej działań, więc nie mam już żalu do niej, ani do autorki. Znając już naturę brata i ojca, a teraz także matki, wszystkie zachowania stają się przejrzyste i jasne. Bardzo podoba mi się, że Melissa Marr nie stworzyła bohaterki, której tylko chłopcy w głowie. Leslie, mimo że swoje życie uczuciowe ma, nadal zastanawia się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby podjęła inną decyzję. Nie brak jej również odwagi, żeby się sprzeciwić. Ciężka sytuacja w domu skłoniła dziewczynę do podjęcia pracy, dzięki czemu Leslie staje się w moich oczach dojrzalsza i nawet trochę mądrzejsza. Aislinn i Kenaan, odgrywający główną rolę w „Królowej Lata”, takową mają też w „Królu Mroku”, aczkolwiek dużo mniejszą, z postaci głównych spadli rangą do epizodycznych.

Narracja prowadzona w trzeciej osobie pozwala nam dokładniej poznać odczucia kilku bohaterów na raz, co stało się bardzo dobrym pomysłem. Całą historię możemy poznawać jeszcze ze strony Nialla i tytułowego Króla Mroku – Iriala. Autorka podrzuca nam co jakiś czas jakieś fragmenty intrygi, nadal jest to jednak mało, że przejrzeć wszystko od razu. Żałuję jedynie, że przeczytałam opis z tyłu okładki, bo zdradza on nieco więcej niż standardową ilość, by zainteresować czytelnika.

Mam jedno zastrzeżenie co do przetłumaczenia tytułu. W oryginale brzmi to „Ink Exchange” (wymiana atramentu) i wydaje mi się, że lepiej obrazuje treść książki. Ja wiem, że teraz nic bez czegoś kojarzącego się z wampirami, wróżkami i innymi istotami paranormalnymi się nie sprzeda, ale ile można? Chociaż jeżeli spojrzeć na to z innej strony, ‘nasz’ tytuł wydaje się bardziej intrygujący.

Mocną stroną „Króla Mroku” okazał się dość nieprzeciętny język. W tekście nie złapałam rażących powtórzeń, ale nie wiem ile w tym zasługi samej autorki, a ile tłumacza. Najlepsze jednak są opisy. Barwnie i szczegółowo przedstawiają osoby i miejsca.

Spodobało mi się przedstawienie wróżek, nie jako hasających  po łące elfów, ale bezwzględnych i zimnych bestii. To jedna ze znaczących różnic pomiędzy Letnim, a Mrocznym dworem. O ile „Królowa Lata” stała się po części bajką pełną dobra, to „Król Mroku” obfituje w przemoc, uzależnienia (ludzkie, ale nie tylko) i smutek. Dzięki temu ta cześć wydaje mi się poważniejsza i bardziej ambitna od poprzedniej.

Na zakończenie chciałabym dodać, że czasu spędzonego z „Królem Mroku” nie uważam za stracony. Przewracając kolejne kartki i coraz bardziej zagłębiając się w historię Leslie bawiłam się dobrze. Chwilami próbowałam wszystko przeciągnąć, żeby posiedzieć jeszcze trochę, ale to pewnie dlatego, że teraz czeka mnie przeprawa przez niesamowicie niewciągającą lekturę szkolną. Powieść Melissy Marr uważam za sukces i chętnie sięgnie po inne pozycje tej autorki.