Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Esprit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Esprit. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 czerwca 2012

Ścinanie głów i inne tradycje rodzinne



Tytuł: "Córka kata"
Oryginalny tytuł: "Die Henkerstochter"
Autor: Oliver Pötzsch

 Tłumaczenie: Edyta Panek
Seria: -
Wydawca: Esprit
Liczba stron: 472
Moja ocena: 9/10

„Mamy martwego chłopaka ze znakiem czarownic na plecach i siarką w kieszeni. Jako główną podejrzaną mamy akuszerkę, której ktoś ukradł alraunę. I mamy bandę osieroconych dzieciaków, które wiedzą więcej, niż chcą powiedzieć. Przecież to nie ma żadnego sensu!” [s. 93]

Życie kobiety w XVII nie było proste. Wystarczył jeden bezpodstawny powód i już do tej pory normalnie żyjąca kobieta z miejsca stawała się czarownicą. A co robiło się z czarownicami? Czarownice trzeba było całkowicie wytępić... A sposoby na to przesądni ludzie mieli różne; od palenia na stosie, po tak zwaną „próbę wody”. Na czym takowa polegała? Do stóp oskarżonej przywiązywało się spory kamień i wrzucało się ją do wody. Jeśli wypłynęła, to nieomylny znak o konszachtach z diabłem. A jeśli nie ... to trudno. Właśnie do takiego świata przenosi nas Oliver Pötzsch w swojej powieści o wdzięcznym tytule „Córka kata”.

„Biały jak śnieg, czerwony jak krew...” [s. 184]

Niedługo po wojnie trzydziestoletniej bawarskim miasteczkiem Schongau wstrząsa seria tajemniczych i wyjątkowo brutalnych morderstw. Ofiarami są dzieci, czyli prawdopodobnie najmniej winne osoby. Co ciekawe, każde z nich na plecach ma wymalowany znak czarownic. Co on oznacza? O przestępstwo zostaje oskarżona akuszerka – Marta Stechlin. Jedynie miejscowy kat i jest przekonany o jej niewinności. Razem z młodym medykiem i córką Magdaleną na własną rękę decydują się śledztwo, które poprowadzi ich przez najmroczniejsze tajemnice swojego miasteczka. Tymczasem w Schongau rozpoczyna polowanie na czarownice...

„Możliwe, że nawet diabeł bał się schonagauskiego kata.” [s. 208]

Wszelakie tortury, miażdżenie kości, ścinanie głów i jeszcze wiele innych potwornych rzeczy to codzienność Jakuba Kuisla. Wydawać by się mogło, że po tylu latach wykonywania swojego fachu, dodając do tego obserwowanie wcześniej pracy swojego ojca, powinien być już do tego przyzwyczajony. Jednak po głębszym zastanowieniu widać, że postać opisana przez niemieckiego pisarza po każdej egzekucji, a także przed nią, ma wielkie wyrzuty sumienia. Dzięki temu Kuisl od razu zyskuje na realizmie.  Schongauski kat trzyma się różnych innych zajęć, także ryzykownego zielarstwa, żeby utrzymać pięcioosobową rodzinę. W „swego rodzaju posłowiu” możemy się także dowiedzieć, że Pötzsch jest potomkiem dynastii Kuislów, tak więc niewykluczone, iż postać Jakuba Kuisla naprawdę przewinęła się przez karty historii.

„Nigdy nie bij osła, na którym siedzisz.” [s. 180]


Akcja powieści już od pierwszej strony zapowiada się na porywającą, która stopniowo będzie się rozwiązywać. Autor znakomicie rozłożył wszystko w czasie, tak, że niemal do końca nie jesteśmy niczego pewni. Nawet w momentach, kiedy nie miałam książki w rękach, zastanawiałam się nad rozwiązaniem zagadki. Przy okazji, przyznam, że końcowego efektu  się kompletnie nie spodziewałam. Dodatkowo, w każdym rozdziale przybywa poszlak, jednak nie należy wierzyć im bezgranicznie, nie każda rzeczywiście mówi prawdę. Dzięki temu „Córka kata” staje się jeszcze bardziej ekscytująca, a rozwiązywanie tajemnicy morderstw dostarcza wrażeń.

„Ale... jak chcecie sobie z nimi poradzić? – wyjąkał Simon – Bądź co bądź, jest ich dwóch.
Kat uśmiechnął się szeroko.
-Nas przecież też.” [s. 369]

Także styl autora nie pozostawia wiele do życzenia. Wszelakie opisy, których zwykle nie cierpię, w tym przypadku były stonowane – nawet nie zauważałam, kiedy autor płynnie przechodził pomiędzy nimi a relacją z wydarzeń. Tych swego rodzaju słownych obrazów było niedużo, ale jednak dawały wyobrażenie o miejscach wydarzeń i społeczności małego miasteczka. W zaznajomieniu się z działaniami tych drugich pomaga zastosowana w „Córce kata” narracja trzecioosobowa, pokazująca przebieg wydarzeń z pierwszej ręki. Zdarzyły się nawet rozdziały z perspektywy tajemniczych mężczyzn i nie ukrywam, to one były najciekawsze.

„Prawdopodobnie to błogosławieństwo dla tego dziecka. Pomyśli, że to wszystko było tylko złym snem.” [s. 414]

Klimat towarzyszący czytelnikowi przy lekturze „Córki kata” jest złowieszczy, tajemniczy i niepowtarzalny, jednym słowem wyjątkowy. Dlatego nie waham się przed poleceniem tej książki wszystkim. Każdy może znaleźć tutaj coś dla siebie, gdyż autor zastosował nietypową mieszankę:  zbrodnię, wszechobecną tajemnicę wraz z romansem i interesującym podłożem historycznym połączył w sposób poukładany, dzięki czemu wszystko składa się w kompletną całość. Te i jeszcze inne czynniki składają się na to, że czas poświęcony „Córce kata” na pewno nie będzie stracony. 






Za możliwość zastanowienia się nad rozwiązaniem zagadki dziękuję Wydawnictwu Esprit!




wtorek, 22 maja 2012

Powrót do przeszłości

Tytuł: "Africanus. Syn konsula"
Oryginalny tytuł: "Africanus. El hijo del cónsul"
Autor: Santiago Posteguillo
Tłumaczenie: Patrycja Zarawska
Seria: Scypion Afrykański #1
Wydawca: Esprit
Liczba stron: 423
Moja ocena: 9/10

„Jego syn, Publiusz , sam będzie musiał zaskarbić sobie przyjaźń tych ludzi. Tego nie da się załatwić rozkazem. Można rządzić działaniami, ale nie uczuciami.”

Chyba każdy z nas miał taki moment podczas nauki historii, że daty ani informacje w żaden sposób nie chciały nam wejść do głowy,  podczas gdy do ważnego sprawdzianu nie zostało już wiele czasu.  A gdyby „ugryźć” to od innej strony? Gdyby tak zamiast obszernych notatek spróbować zająć się tym w formie książki fabularnej? A może będzie to nawet „Africanus. syn konsula” – kopalnia wiedzy o III wieku w starożytnym Rzymie?

Jako, że „Africanus. Syn Konsula” z pewnością jest propozycją wielowątkową, pozwolę sobie zamieścić fragment opisu wydawnictwa:
„Africanus. Syn konsula to porywająca historia o jednym z największych wodzów w dziejach świata. Młody oficer legionów szybko osiąga godność trybuna. Jego odwaga i inteligencja wzbudzają podziw przyjaciół, uwielbienie kobiet i zawiść konkurentów. Africanus przeżywa swoje pierwsze bitwy i miłości. Spotyka również kobietę, z którą los połączy go trwałym, namiętnym uczuciem. Bolesne klęski wojsk rzymskich i śmierć ojca, który ginie w obronie ojczyzny, sprawiają, że wojna nabiera dla niego osobistego wymiaru. „

Tutaj takie małe sprostowanie z mojej strony - mimo, że opisy informują iż książka opowiada o życiu Publiusza Korneliusza Scypiona Afrykańskiego, to jednak nie do końca jest to prawda. Na kartach powieści oczywiście mamy do czynienia z tytułowym Africanusem, jednak mamy także większy wgląd na inne wątki. Wiele stron poświęconych jest planami bitew i omawianiu strategii (chodzi mi szczególnie o wgląd do głowy Hannibala), jednakże na całość wpływają dodatkowo fragmenty pisane ze strony jednego z rzymskich żołnierzy – Tytusa. W rezultacie całość składa się na naprawdę łatwą w odbiorze opowieść,  a ja nie miałam problemu, żeby zorientować się, o kim mowa w danym momencie.

Autor postanowił wprowadzić do powieści wielu bohaterów. Przy zamieszczonym na samym początku spisie możemy się mniej więcej zorientować, z kim będziemy mieli przyjemność poznawać uroki starożytnego Rzymu. Jako,  że już na starcie musimy przyswoić sobie nieco ponad czterdzieści nazwisk, poczułam się trochę przytłoczona. Na szczęście, póxniej każdy z nich wprowadzany jest stopniowo, a w razie czego przecież i tak możemy zajrzeć do spisu, by sobie co nieco przypomnieć czy odświeżyć.
Kolejnym problemem przy tak dużej ilości bohaterów mogłaby być ich niedostateczna kreacja. Także i tutaj autor podołał zadaniu, bo każdego z nich przedstawił należycie, poświęcając tylko nieznacznie więcej uwagi postaciom ważniejszym. Miałam tylko problem z przyswojeniem sobie wszystkich imion tak od razu. Bo to wszystko jakieś takie podobne,  na dodatek zapis taki zbliżony... Ale tego się czepiać nie będę – w końcu tak się ci ludzie kiedyś nazywali...

Muszę jednak przyznać, że nie do końca tego się spodziewałam. W szczególności mam tu na myśli zakończenie, gdyż tutaj gna akcja, za chwilę kluczowy moment, a więc pospiesznie przewracam kartkę... a tu widzę przed nosem wyjaśnienie najważniejszych terminów. Nie powiem, przez twarz przebiegł mi grymas zdziwienia. Jak dla mnie, to trochę nieodpowiedni moment na zakończenie książki, gdyż nie otrzymałam żadnych słów podsumowania, czy też chociażby nieśmiałej zapowiedzi kolejnej części. Ale, że „Africanus...” dopiero rozpoczyna całą trylogię Scypion Afrykański, dam jeszcze szansę autorowi.

Napisałam już o słowniczku, więc wspomnę jeszcze o całym polskim wydaniu książki. „Africanus. Syn konsula” uzupełniony jest o kilkanaście mapek, rozpisek, a nawet wykresów, które ułatwiają lekturę. Każdy z tych dodatków jest czytelny, a także wnosi dużo do treści. Oczywiście nie mówię, ze bez mapek nie da się przeżyć, ale jednak ułatwiają odbiór całości. Tym lepiej dla mnie – jestem wzrokowcem, więc takie obrazowe przedstawienie sprawy było dla mnie wspaniałym rozwiązaniem. Dodatkowo, przyciągająca wzrok okładka, mająca nawet coś wspólnego z treścią i czytelna czcionka oddziałują na „tę estetyczną’ stronę czytelnika.

Podsumowując, pomimo wymienionych powyżej minusików, pierwsza część trylogii o Scypionie Afrykańskim będzie stanowić ucztę dla miłośników wszelakich powieści historycznych, ale myślę, że także i przeciwników powinna zainteresować ta wielowątkowa historia. Sama za wielką fankę czytelniczych powrotów do przeszłości się nie uważam, jednak „Africanus. Syn konsula” potrafił mnie zainteresować, a nawet wciągnąć. Na korzyść książki przemawia również fakt, że zajmującą powieść historyczną ciężko jest napisać, a muszę przyznać, że panu Posteguillo wyszło to znakomicie. A więc, pozostaje mi tylko namówić wszystkich niechętnych do lektury!

Trylogia o Scypionie Afrykańskim składa się z:
1. "Africanus. Syn konsula"
2. "Africanus. Wojna w Italii"
3. tytuł nieznany


Za wycieczkę do starożytnego Rzymu dziękuję Wydawnictwu Esprit!

środa, 11 kwietnia 2012

Porwana do Prowansji...

Tytuł: "Czas tajemnic"
Oryginalny tytuł: "Le Temps des secrets"
Autor: Marcel Pagnol
Tłumaczenie: Małgorzata Paszke
Seria: Wspomnienia z dzieciństwa #3 (?)
Wydawca: Esprit
Liczba stron: 353
Moja ocena:  8/10

„-Posłuchaj! – powiedział dziadek. – ty nie nazwałabyś tego szaleńczą furią?
-Nie – powiedziała moja mama. – To jest właśnie miłość.”

„Był więc jakiś związek pomiędzy miłością i szaleństwem. Ale czy ludzie szaleli z powodu miłości, czy to szaleństwo wzbudzało w nich miłość?”

Niektórym może się wydawać (w tym mnie), że książki opowiadające o czyimś życiu są nudne i nie stanowią nic więcej, niż kilka epizodów z życia opowiedzianych bez wyrazu. Dlatego też do zbioru wspomnień francuskiego pisarza i dramaturga zawartych w „Czasie tajemnic” podchodziłam z dużą rezerwą. Tym bardziej, jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że Marcel Pagnol porwał mnie do swojego świata przywołując w pamięci coraz to nowe wspomnienia, osnute dużą dawką humoru i ironii!

Kolejne lato w La Treille. Ta pora roku to dla Marcela czas beztroskich zabaw wraz ze swoim najlepszym przyjacielem Lilim, wyprawy na polowania z ojcem i wujem oraz inne perypetie ze swoimi krewnymi w roli głównej. Ale gdy okazuje się, że Lili nie będzie miał już tak dużo czasu dla Marcela, a przed nim samym pojawi się perspektywa nauki w liceum, nic nie jest już takie proste. Dodatkowo w okolicy pojawia się dziewczynka w wieku młodego Pagnola., mająca ogromny wpływ na poczynania chłopca...

„Czas tajemnic” to już kolejna odsłona przygód małego Marcela, a ja pierwszych tomów nie czytałam, więc obawiałam się, że będę miała problem ze zrozumieniem wydarzeń, czy poznaniu bohaterów. Na szczęście obyło się bez kłopotów, a o przygodach Marcela czytałam z rosnącym zainteresowaniem. Pagnol wspaniale wprowadza czytelnika w magiczny świat Prowansji, , dając szansę na poznanie miejsca zamieszkania i najbliższe otoczenie chłopca.

Skoro już jesteśmy przy małym Marcelu, to może teraz słówko o nim. Mimo że uważa dziewczyny za marną podróbkę chłopców (wszak te istotki umieją tylko płakać, a wpinanie po drzewach to dla nich nowość!), to z miejsca zaskarbił sobie moją sympatię, chociaż powinnam być nieco obrażona za tę zniewagę. A jednak, w moim odczuciu, Marcel to bardzo sympatyczny, chociaż nie za bystry chłopiec, który nawet ze zwykłej przechadzki po lesie zrobić świetną przygodę i jeszcze przekona do tego każdego czytelnika, niezależnie od wieku. Cała rodzina Marcela także jest niczego sobie. Uwielbiałam czytać fragmenty z udziałem całej familii Pagnolów, a jeden z takich momentów należy do moich ulubionych.
Teoretycznie, jedyną osobą, której nie trawiłam, była Izabella. Dla mnie to tylko dziewczynka, któż myśli, że jeśli ma bogatych rodziców, to automatycznie jest lepsza od innych. No proszę, kto normalny każe komuś zjeść świerszcza? A najzabawniejsze z tego wszystkiego jest to, że zauważali to wszyscy, poza samym zainteresowanym. Co to zauroczenie zrobiło z Marcelem?

„Czas tajemnic” to cudowny sposób powrotu do młodzieńczych lat. Pagnol w piękny sposób ukazuje magię tego okresu za pomocą wyszukanego języka, a w tym wielu porównań, dzięki którym możemy sobie wszystko lepiej wyobrazić. Z niezwykłą lekkością pokazuje, jak i krytykuje swoje ówczesne wybory, argumentując to na sposób, że „wtedy tak mu się wydawało”. To właśnie te fragmenty ceniłam sobie najbardziej. Mogłam wtedy razem z autorem patrzeć z pobłażaniem na poczynania małego Marcela, by chwilę potem uświadamiać sobie, że postąpiłabym tak samo, gdybym tylko miała te 9-10 lat.

Jedynym mankamentem jest to, że nie miałam oporów przy odkładaniu książki, nawet w środku rozdziału. Momentami pan Pagnol zwyczajnie przynudzał. Na szczęście taki momenty zdarzały się sporadycznie, dlatego już po chwili mogłam powrócić do lektury.

W ogólnym rozrachunku, „Czas tajemnic” wypada bardzo dobrze, więc zaczynam żałować, że nie czytałam poprzednich części. Powieść mogę polecić przede wszystkim osobom, które lubią ciepłe, proste i przyjemne w odbiorze historie, jaką bez obaw mogę nazwać wspomnienia pana Pagnola. Stanowią one szczególną dawkę humoru i wyważonej ironii, odrywających nas od świata zewnętrznego na kilka wieczorów.

Za możliwość odwiedzenia Prowansji razem z Marcelem dziękuję wydawnictwu Esprit!