Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński Ska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński Ska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 listopada 2013

Gra o wszystko


Gra Endera - Orson Scott Card
Tytuł: Gra Endera
Oryginalny tytuł: Ender's Game
Autor: Orson Scott Card
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Seria: Gra Endera #1
Wydawca: Prószynski i S-Ka
Liczba stron: 289 + opowiadanie Chłopiec z Polski
Moja ocena: 10/10

„Czasami na kłamstwach można polegać bardziej niż na prawdzie.” [s.9]


Czy jesteśmy we wszechświecie sami? Czy życie istnieje tylko na Ziemi? To pytania, które ludzkość zadaje sobie od wielu lat. W naszej rzeczywistości kosmos wciąż jest niezbadany i chociaż poczyniliśmy znaczne postępy w tym kierunku, to środowisko poza naszą planetą jest dla nas nieznajome. Wyobraźcie sobie natomiast świat, w którym nie tylko wiemy, że gdzieś tam daleko stąd mieszka ktoś inny - ten ktoś chce nas zaatakować, przejąć nasz dom. A my jesteśmy z nim w stanie wojny. Z góry przegranej wojny.

„Kto się wcześnie położy i wcześnie z łóżka wyskoczy, ten od tego głupieje i nie widzi na oczy.” [s. 248]

wtorek, 12 czerwca 2012

Dziewczyna, która pragnie wolności

Tytuł: "Atrofia"
Oryginalny tytuł: "Wither"
Autor: Lauren DeStefano
Tłumaczenie: Magdalena Rychlik
Seria: Chemiczne Światy
Wydawca: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 317
Moja ocena: 10/10

„Ciesz się życiem, dopóki trwa.” [s. 287]

Jestem zdania, że nikt nie powinien znać daty swojej śmierci. To byłoby czyste szaleństwo, wstawać każdego dnia rano i odliczać dni do tego, co nieuchronne. Z czasem ludzie zaczęliby od tego wariować, a przecież nie o to tutaj chodzi. Nawet teraz, gdy ludzie na przygotowanie się do tej myśli mają jakieś siedemdziesiąt wiosen ( niestety, są wyjątki...), każdy boi się myśli o niechybnym końcu. A gdyby ludzie na całe życie przeznaczone mieliby jedynie dwadzieścia lat?

„Miłość jest naturalna. To więcej niż w dzisiejszych czasach można powiedzieć o ludzkiej rasie, która składa się z krótkowiecznych sztucznych stworzeń. Czemu się dziwię, ze moje małżeństwo to fikcja...” [s. 110]

Dzieci poczęte w naturalny sposób są niedoskonałe. Dlatego stworzono rasę doskonałych ludzi, sprawniejszych fizycznie i umysłowo. Ale coś poszło nie tak. Tylko pierwsze pokolenie jest bez skazy. Potomkowie idealnych ludzi umierają w wieku zaledwie dwudziestu lat. Oczywiście, naukowcy nadal pracują nad wynalezieniem antidotum, ale, delikatnie mówiąc, kiepsko im to idzie. Żeby zapewnić przetrwanie gatunku młode dziewczęta są porywane z własnych domów i zmuszane do poligamicznych małżeństw. Rhine Cecily i Jenna trafiają do domu położonego wśród pięknych ogrodów, gdzie wszystkie poślubia syn właściciela. Ale serce Rhine bije do Gabriela, młodego służącego. Razem zaryzykują wszystko, żeby odzyskać wolność...

„Coś bardzo złego stało się ze światem.” [s. 171]

„Atrofia” to kolejna powieść dystopijna, przedstawiająca wizję przyszłości. Obecnie jest to gatunek najbardziej popularny wśród młodzieży, tuż obok paranormal romance, dlatego coraz ciężej jest nas w tym temacie zaskoczyć. Jednak świat wykreowany przez Lauren DeStefano zdołał porwać moje czytelnicze serce pod względem kilku istotnych elementów. Pierwszym z nich jest zdecydowanie pomysł. Z pozoru prosty i nieprawdopodobny, ale po głębszym zastanowieniu już widać, że wizja takiego życia momentalnie staje się realna. Podczas lektury nieraz odetchnęłam  ulgą, wiedząc, że jak na razie świat tak nie funkcjonuje, gdyż na takich zasad już dawno byłabym mężatką z przymusu. Szczęśliwie jednak mogę sobie tylko zadawać pytanie, czy świat rzeczywiście stanie się taki, jak w załączonym opisie?

„Chcesz śmierci ludzkiej rasy, więc wygląda na to, że wszystko idzie po twojej myśli.” [s.179]

Jak już wcześniej wspomniałam, do domu Zarządcy Lindena trafiają trzy dziewczyny, każda jest inna. Nieczęsto mi się to zdarza, gdyż nie udało mi się nigdy zapałać sympatią aż do tylu bohaterów z jednej książki, ale polubiłam wszystkie. Być może dlatego, ze w „Atrofii” nie spotkamy się z postaciami idealnymi – każda z dziewczyn ma swoje wady i zalety, dzięki czemu zostało nam ułatwione identyfikowanie się z nimi. Wraz z szesnastoletnią Rhine, do przepięknego gaju pomarańczowego trafiają osiemnastoletnia Jenna i trzynastoletnia Cecily. Kolejne rzadkie uczucie – współczucie – zaczęłam żywić do tej ostatniej. Cecily z początku nazywałam w myślach „rudą małpą” za to jej rozwydrzenie i rozkapryszenie. Jednak później w moim odczuciu stała się ona zagubioną i pozbawioną dzieciństwa dziewczynką, a przecież takiej współczuć należy.
Z kolei jak Jennę lubiłam od samego początku, w takim samym stopniu zakończyłam książkę. Przez to, że została zraniona i pozbawiona rodziny w tak brutalny sposób sprawiło, że stała się osobą niezwykle silną emocjonalnie. Zauroczyło mnie także to, że na zewnątrz twarda dziewczyna w głębi potrafi cieszyć się nawet z najmniejszych rzeczy.

Ale bez względu na wszystko, najważniejszą postacią w całej książce jest bez wątpienia Rhine. Wskazuje na to umiejętnie poprowadzona narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia szesnastolatki. Nie powinno mnie to specjalnie zachwycać – ten zabieg w dystopiach jest teraz powszechnie stosowany, jednak dzieło Lauren DeStefano ma w sobie „to coś”, co chwyta czytelnika za serce i nie wypuszcza, dopóki nie pozna się zakończenia historii dziewczyny, która pragnęła wolności.

„ „Prawdziwy” to słowo uznawane w tym domu za wulgarne.” [s. 243]

Kolejnym nieczęstym aspektem „Atrofii” jest zawarcie morału. Już nie jest to płyciutka historia o zakazanej miłości, jak sądząc po opisie mogłoby się początkowo wydawać. To wielopłaszczyznowa opowieść o poszukiwaniu wolności w świecie, w którym stała się ona towarem deficytowym i mozolnym odkrywaniem własnego ja – bez względu na skutki.

„Jeśli ci życie miłe, nie próbuj więcej żadnych sztuczek.” [s. 249]

Książka jest niesamowita, nie mogłam się przyczepić absolutnie do niczego. Każdy detal jest starannie dopracowany i aż nie mogę uwierzyć, iż to dopiero debiut nazywanej pisarką dopiero od niedawna Lauren DeStefano. Dlatego też śmiało mogę stwierdzić, ze „Atrofia” stanowić będzie pozycję obowiązkową dla fanów wszelkich dystopii, ale myślę, że pierwsza część trylogii Chemiczne Światy zainteresuje także zaciekłych przeciwników tego gatunku. Kto wie, może nawet ich do niego przekona? Dodatkowo ta okładka, niby prosta, ale jednak zawierająca więcej przekazu ukrytego w symbolach. Mogłabym się na nią patrzeć i patrzeć ... w oczekiwaniu na kolejną część.


Trylogia Chemiczne Światy:
  1. „Atrofia”
  2. „Fever”
  3. „Sever”




środa, 29 lutego 2012

"Zapomniane" Cat Patrick

Tytuł: "Zapomniane"
Oryginalny tytuł: "Forgotten"
Autor: Cat Patrick
Tłumaczenie: Jan Hensel
Wydawca: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 308
Moja ocena: 8/10

„Ja nigdy nie będę wiedziała, jakie to uczucie, co wtedy przeżywałam.”

O książce Cat Patrick było swego czasu głośno, dlatego gdy tylko zobaczyłam tę pozycję w mojej bibliotece, nie wahałam się i po chwili mogłam cieszyć się „Zapomnianym” w domu. Zazwyczaj książka się wszystkim podoba, więc czemu nie miałaby przypaść do gustu mnie?

London Lane jest z pozoru zwykłą licealistką. Codziennie rano zwleka się z łóżka, by zacząć kolejny dzień szkoły. Zanim jednak opuści dom, musi przeczytać notatki z dnia poprzedniego. Nie chodzi o notatki z przedmiotu, notatki London stanowią pamiętnik. Tutaj ta nazwa pasuje bardzo dobrze, bo każdej nocy wspomnienia dziewczyny znikają, by zostały zastąpione wizjami z przyszłości. Można powiedzieć, że London choruje na wieczną amnezję, funkcjonuje w miarę normalnie tylko dzięki notatkom, zaufanej przyjaciółce i matce. Ale co jeśli Jamie się zbuntuje, a matka zacznie ją okłamywać? Tymczasem London poznaje Luke’a. Wraz z nim pojawia się niepokojąca wizja pogrzebu. Jest jeszcze jeden problem, London nie widzi Luke’a swojej przyszłości. Co to wszystko oznacza?

Tak czytając, zastanawiałam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym wspominała coś, co się jeszcze nie wydarzyło. Doszłam do wniosku, że prędzej czy później znalazłabym się w pokoju bez klamek, próbując dociec kim jestem. Cos takiego przytrafia się London codziennie. Budzi się rano i dopóki nie przeczyta notatek z dnia poprzedniego, nie wie chociażby co jadła wczoraj na kolacje.  Notatki stanowią jej pamięć, jeśli czegoś nie zanotuje przed pójściem spać, dane wydarzenie, a nawet osoba znika z jej życia. Na początku wydawało mi się to nawet przydatne, móc po prostu wymazać z umysłu nieprzyjemne chwile i obudzić się rano z przeświadczeniem, że nic się nie wydarzyło. Na dłuższą metę to się jednak nie sprawdza, gdy tak pomyślę, ile dobrego ominęłoby mnie, zaczynam doceniać moją tylko czasami felerną pamięć.

Wracając do London, już od pierwszej strony zaskarbiła sobie moją sympatię. Cat Patrick serwuje nam tutaj bohaterkę silną, z głową na karku i z jakże przydatną umiejętnością kojarzenia faktów. Czasami nawet nieźle jej to wychodzi, ale czytelnik i tak jest zawsze klika kroków przed nią. W przeciwieństwie do London, wiemy, co się działo wczoraj, natomiast ona… nie zawsze. Początkowo było to nawet zabawne, aż chciało się przekazać jej poprzez kartki kilka szczegółów, ale z czasem stało się to irytujące. Nie traktuję tego jako minus, taka sytuacja zdarzyła się raz i tylko dlatego, że London na złość (chyba sobie…) czegoś nie zapisała. A tak, to wszystko starannie notuje, więc jest mniej więcej na bieżąco.

Zwykle nie podoba mi się główna bohaterka, za to jej przyjaciółka wywołuje u mnie pozytywne emocje. Kolejne zaskoczenie, stało się zupełnie odwrotnie, do gustu kompletnie nie przypadłą mi Jamie. Jej działanie można zobrazować mniej więcej tak: ona wie, że robi niedobrze, ale nadal brnie w to dalej, nie zważając na ostrzeżenia przyjaciółki przypadkowo znającej się na przyszłości. Nie trawiłam scen i dialogów z tą postacią, ewentualnie na początku wydawała się sympatyczna.

Motyw amnezji jest ostatnio często powtarzanym tematem w młodzieżówkach, dlatego miałam pewne obawy, że autorka niczym mnie nie zaskoczy. Na szczęście nie znalazłam tutaj powielających się schematów. Motyw ‘magicznego’ zaniku pamięci może wskazywać na jakieś powiązania z powszechnym ostatnio gatunkiem paranormal romace, ale trafiłam na coś innego. Oczywiście nie mogło obejść się bez wątku romantycznej miłości, ale przez karty powieści przewija się jeszcze wątek kryminalny, kręcący się wokół dawnego porwania, jak i wątek psychologiczny, który jak widać powyżej, wywołał u mnie przemyślenia nad zanikiem pamięci. Cieszę się, że wątek miłosny nie został wysunięty na pierwszy plan (chociaż niewiele brakuje…), a głowę London zaprząta jeszcze coś innego niż Luke.

Nie wiem dlaczego, „Zapomniane” czyta się bardzo szybko. Książka nie jest ani jakoś specjalnie cienka, ale zwróciłam uwagę na bardzo dużą czcionkę. Nie wiem co wydawca chciał przez to osiągnąć, większe zużycie papieru? Myślę, że nie stałoby się nic wielkiego, gdyby została zmniejszona choć trochę. Wiem, mam dziwne wymagania…

Książki Cat Patrick nie da się zaliczyć do książek bardzo dynamicznych. Akcja płynie swoim tempem, nic jej zbytnio nie popędza. Jak to zwykle bywa, wszystko przyspiesza, gdy na jaw wychodzą pewne sekrety, a my nawet nie wiemy, kiedy znaleźliśmy się na ostatniej stronie. Kilka wątków (według mojego uznania) zostało niedokończonych, dlatego spodziewałabym się kontynuacji.

Ogólnie rzecz biorąc „Zapomniane” uważam za bardzo udaną powieść i z przyjemnością sięgnę po jej inne książki. Jeśli w każdej będzie gościł taki przystępny język, będę bardzo zadowolona. Obym nie zapomniała, na koniec chciałabym zachęcić wszystkich zainteresowanych lub nie, do zapoznania się z tym czytadłem. Myślę, że w końcu znalazłam moją perełkę, co prawda ambitną powieścią tego nie nazwę, ale jednak czytało się bardzo miło.


środa, 22 lutego 2012

"Bezduszna" Gail Carriger

  
Tytuł: "Bezduszna"
Oryginalny tytuł: "Soulless"
Autor: Gail Carriger
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
Seria: "Pretektorat parasola" część 1
Wydawca: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 318

„-Rozumiem, że nie chce pan usłyszeć, czego dowiedziałam się w ulu? - zapytała. Westchnął głośno. -Rozumiem, że chce mi pani powiedzieć?”

Wiem, że „Bezduszna” nie pochodzi z mojego ostatniego stosiku, ale zachęcona pozytywnymi opiniami postanowiłam zrobić wyjątek dla książki Gail Carriger. „Bezduszna” łączy bowiem to, co lubię najbardziej w literaturze współczesnej: dziewiętnastowieczny Londyn (moje zamiłowanie zaczęło się „Mechanicznym aniołem”, ale to inna historia…), a także nutkę czegoś z paranormalni – tutaj wampiry, wilkołaki i duchy. Co prawda moje wyobrażenie o nich najlepsze nie jest, miałam więc coraz większą ochotę na przełamanie nawiedzających mnie stereotypów.

W pierwszej części serii „Protektorat parasola” stykamy się z bezduszną, starą panną. Podczas jednego z wystawnych przyjęć ma ona (nie)miłą okazję poznać wampira. Ów wampir, nie zważając na żadne zasady dobrego wychowania, atakuje ją. Alexia nie da sobie w kaszę dmuchać, umie skutecznie się obronić. Przypadkowo wspomniany wampir ginie z jej ręki, a lord Maccon (trochę gburowaty i dumny wilkołak) z rozkazu królowej Wiktorii wszczyna śledztwo. Na dodatek inni nadnaturalni zaczynają znikać, a na ich miejsce pojawiają się nowi, nieobeznani z kulturą swojego gatunku osobnicy. Wszystkie podejrzenia padają na Alexię. Czy zdoła ona rozszyfrować intrygę, która zawładnęła Londynem? Czy wspomniana wyżej bezduszność pomoże kobiecie, czy raczej jej przeszkodzi? Kto tak naprawdę stoi za tym wszystkim?

Na główną bohaterkę swojej powieści Gail Carriger wybrała dwudziestosześcioletnią starą pannę, osóbkę o dosyć niespotykanej cesze bezduszności. Nie objawia się ona zgryźliwością, należy rozpatrywać to wyrażenie … dosłownie. Bezduszność to przydatny aspekt, zwłaszcza w przypadku panny Alexii Tarabotti. Co i rusz pakuje się ona w kłopoty, a bezduszność stanowi pewnego rodzaju tarczę przed istotami nadnaturalnymi. Jej działanie można przedstawić mniej więcej tak: pod wpływem dotyku panny Tarabotti moc wampirów, wilkołaków i duchów neutralizuje się. Wiadomość o przypadłości głównej bohaterki nie jest powszechnie znana, fakt ten ma odnotowana jedynie kancelaria BUR-u (Biura Ultranaturalnych Rzeczy). Można by było zastanawiać się także nad pierwszą hipotezą, z naszej Alexii jest bowiem niezłe ziółko. Włoskie korzenie, a co z tym w parze idzie, włoski temperament czynią z panny Tarabotti kobietę umiącą walczyć o swoje i niebojącą się własnego zdania. Staropanieństwo nie oznacza jednak, iż dziewczyna jest niewarta uwagi, doskonałym przykładem są tutaj uczucia lorda Maccona (nie posądźcie mnie o spoilerowanie, to naprawdę widać jak na dłoni od pierwszej potyczki tych bohaterów…). Conall Maccon także zasługuje na uwagę, z miejsca polubiłam tę postać. Nawet nie wiem za co. Jego cechy raczej nie przemawiają do ogólnie  roztaczanego uroku, ale pełnego dumy alfy londyńskiej watahy nie da się nie darzyć sympatią.

Niewątpliwym atutem powieści jest niepowtarzalny język. Przenosi on nas w atmosferę wiktoriańskiego Londynu. Umiejętnie wplatane ironie i żarty sprawiały, że wiele razy mimowolnie się uśmiechałam. Klimat powieści ani trochę na tych potyczkach słownych nie traci, staje się nawet piękniejszy i przystępniejszy. W dużej mierze to zasługa głównej bohaterki. Jest ona postacią lubiącą posługiwać się sarkazmem, nie było strony bez celnej riposty, czy umiejętnie prowadzonej dyskusji. Nużące opisy występują tutaj sporadycznie, a jeśli już nadarzała się okazja do przedstawienia otoczenia, autorka robiła to w dopracowany sposób. Dużą rolę w tekście zajmują dialogi. Jestem z tego bardzo zadowolona, z całej książki to one najbardziej przypadły mi do gustu.

Ostatnio narracja trzecioosobowa jest często zapominana na rzecz pierwszoosobowej, przedstawiającej myśli jednego bohatera. Pani Carriger trafiła w mój gust, narracja w trzeciej osobie w całości pokryła się z moimi oczekiwaniami. Nie da się ukryć, akcja w głównej mierze kręci się wokół Alexii Tarabotti, zdarzały się jednak wstawki z punktu widzenia innych bohaterów.

Autorce udało się wprowadzić powiew świeżości do oklepanego ostatnio gatunku paranormal romance.  Co prawda wątek miłosny kwitnie między dwoma istotami fantastycznymi, z czystym sercem mogę jednak powiedzieć, że spotykamy się tutaj z czymś nowym. Przede wszystkim w „Bezdusznej” nie znajdziemy pryzmatu zakazanej miłości. Bohaterowie są sobą początkowo zawstydzeni, co prowadzi do wielu zabawnych sytuacji. Cieszę się, że ów wątek nie został wysunięty na pierwszy plan. Przez dziewiętnastowieczny Londyn rozumie się trochę romantyczności. … ale tylko trochę. Akcja kręci się głównie wokół intrygi, swoją drogą dobrze wykreowanej. Przyznaję, nie domyśliłabym się zakończenia.

Mimo że przez pierwsze kilkanaście stron nie mogłam wczuć się w akcję, uważam „Bezduszną” za dynamiczną książkę. Moja początkowa niemożność wynikała pewnie z faktu, że mój język był dosyć zubożały po ostatnich lekturach i nie zdziwię się, jeśli w następnej recenzowanej książce uznam język za płytki i mało wyrazisty. Dlatego właśnie nie traktuję pierwszych stron jako minus.

Na zakończenie chciałabym powiedzieć, że bardzo dobrze bawiłam się w świecie wymyślonym od początku do końca przez Gail Carriger. Jako, iż jest to jej debiut literacki, uważam go za bardzo udany. Samiec alfa siadający na jeżu, sepleniący wampir to tylko przedsmak zabawy i dużej dawki humoru czekającej na nas w „Bezdusznej”. Ja na razie mogę zacząć polowanie na kontynuację i mieć nadzieję, ze poziom zostanie utrzymany, a nawet podniesiony. Polecam wszystkim chcącym miło spędzić czas przy perypetiach panny Alexii Tarabotti. Nie polecam osobom po prostu nie lubiącym tych klimatów.


wtorek, 20 grudnia 2011

Ally Condie "Dobrani" (Matched)

W Internecie krąży od jakiegoś czasu łańcuszek o mniej więcej takiej treści: „Z badań amerykańskich naukowców wynika, że aby być zdrowym, musisz codziennie jeść jedno jabłko, pić dwa litry wody, spać osiem godzin, zażywać aspirynę przeciwko zawałowi, dzwonić do przyjaciół, bo posiadanie grupy wsparcia przedłuża średnią życia, (…) ponieważ te wszystkie czynności zajmują 36 godzin możesz podczas oglądania dziennika szczotkować zęby by wyczyścić resztki jabłka, które pogryzłeś dokładnie 99 razy…

Wyobraźmy sobie świat oparty na statystykach, gdzie całe twoje życie zaplanowane jest od początku, do końca. Z góry wiadomo, w co się ubierzesz, co zjesz na obiad, a nawet z kim będziesz mieć dzieci.

Cassia jest dumną członkinią Społeczeństwa. Do tej pory nie miała podstaw, żeby sprzeciwiać się Zasadom. Przecież jej życie zawsze było idealne, więc kiedy podczas Bankietu Doboru na ekranie pojawia się twarz Xandera, Cassia nie ma wątpliwości, że to jej wymarzony Wybranek. Jednak, gdy następnego dnia na mikrokarcie pojawia się na moment twarz Ky’a, Cassia zauważa, że System nie jest taki idealny, za jakiego go uważała. Społeczeństwo wmawia jej, że to drobna pomyłka, że powinna skupić się szczęśliwym życiu, które przyjdzie jej wieść z Xanderem, ale Cassia zaczyna się wahać. Tańczyć jak zagra jej Społeczeństwo, czy pójść drogą, którą jeszcze nikt nie zdecydował się pójść?

„Dobrani” bardzo mi się podobali. Przyznaję, że nie wiem, co bym zrobiła w sytuacji Cassi. To opowieść o walce o wolność, sprzeciwianiu się narzuconym zasadom. Jedyne, co irytowało, to łatwowierność Cassi, jednak dziewczyna nie miała powodu by nie ufać Społeczeństwu. Wykonywała ślepo wszystkie rozkazy. Nie iała własnego zdania.

Powieść Ally Condie mogę polecić prawie wszystkim. Tym w moim wieku, ale także tym starszym. Niekoniecznie młodszym, bo nie bardzo wyobrażam sobie 10-letnie dziecko z tak poważna książką. Z niecierpliwością czekam na kolejna część, zatytułowaną „Crossed.
Marcepanek-Karolina