Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amber. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amber. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 grudnia 2014

Piekło poligloty

Tytuł: Przysięga
Autor: Kimberly Derting
Tłumaczenie: Alicja Marcinkowska
Tytuł oryginału: The Pledge
Cykl: Trylogia Przysięgi
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 14 lutego 2013
Liczba stron: 272

Słowa są najniebezpieczniejszą bronią..
Ludania, brutalny kraj z surowymi prawami i społeczeństwem podzielonym na klasy mówiące różnymi językami. Najmniejsze naruszenie zasad, nawet spojrzenie w oczy przedstawicielowi wyższej klasy, karane jest śmiercią – tak jak najmniejsza próba sprzeciwu wobec rządów bezwzględnej królowej.

Siedemnastoletnia Charlaina rozumie wszystkie języki. Przez całe życie z powodzeniem ukrywała ten śmiertelnie niebezpieczny dar – aż do dnia gdy spotyka Maxa. Przystojny, zagadkowy chłopak mówi językiem, jakiego wcześniej nie słyszała. I zna jej tajemnicę...

sobota, 31 maja 2014

Frakcje, Niezgodni i Tobajas

Źródło
Tytuł: Wierna
Oryginalny tytuł: Allegiant
Autor: Veronica Roth
Tłumaczenie: Marta Czub
Seria: Niezgodna (tom 3)
Wydawca: Amber
Liczba stron: 351

Tak mi się wydaje, że dla niektórych książek byłoby lepiej, gdybym recenzję pisała zaraz po lekturze. Na szczęście jednak z natury jestem osobą leniwą, dlatego mnóstwo czasu, żeby sobie pomyśleć o „Wiernej” Veronici Roth.

Altruizm (bezinteresowność), Nieustraszoność (odwaga), Erudycja (inteligencja), Prawość (uczciwość), Serdeczność (życzliwość) – to pięć frakcji, na które podzielone było społeczeństwo zbudowane na ruinach Chicago. Każdy szesnastolatek przechodził test predyspozycji, a potem w krwawej ceremonii musiał wybrać frakcję. Ten, kto nie pasował do żadnej, zostawał uznany za bezfrakcyjnego i wykluczony.
Ten, kto łączył cechy charakteru kilku frakcji, był NIEZGODNY – i musiał być wyeliminowany...
Ale to już przeszłość. Społeczeństwo frakcyjne, w które Tris tak wierzyła, legło w gruzach – podzielone walką o władzę, naznaczone śmiercią i zdradą. Jednego tyrana zastąpił drugi. Miastem rządzą niepodzielnie bezfrakcyjni. Tris wie, że czas uciekać. Lecz jaki świat rozciąga się poza znanymi jej granicami? Może za murem będzie mogła zacząć z Tobiasem wszystko od nowa, bez trudnych kłamstw, podwójnej lojalności, bolesnych wspomnień? A może poza miastem nie ma żadnego świata…
Lecz nowa rzeczywistość jest jeszcze bardziej przerażająca. Nowe szokujące odkrycia zmieniają serca tych, których kocha. Raz jeszcze Tris musi dokonać niemożliwych wyborów - odwagi, wierności, poświęcenia i miłości. Bo tylko ona może przeszkodzić kolejnemu rozlewowi krwi… [źródło: lubimyczytac.pl]

piątek, 18 stycznia 2013

Cena życzenia

Tytuł: Córka Dymu i Kości
Oryginalny tytuł: Daughter of Smoke and Bone
Autor: Laini Taylor
Tłumaczenie: Julia Wolin
Seria: 1.Córka Dymu i Kości 
2. Dni Krwi i Światła Gwiazd
Wydawca: Amber
Liczba stron: 395
Moja ocena 10/10

„Dawno, dawno temu, anioł i diablica zakochali się w sobie. Nie skończyło się to dobrze.”

Co by było, gdyby życzenia się spełniały? Świat byłby raczej dobry, czy zły? Przeważyłyby te „dobre” życzenia, czy może ludzkość wyniszczyłaby sama siebie? A dla Ciebie, drogi czytelniku, co jest tak ważne, ze chciałbyś to zdobyć za wszelką cenę? Musisz jednak pamiętać, że nie ma nic za darmo, a ta cena przeważnie jest wysoka. Przecież, aby coś otrzymać, zawsze trzeba coś dać…

niedziela, 23 września 2012

W otchłani podziemnej krainy

SPĘTANI PRZEZ BOGÓW T.2 WĘDRÓWKA PRZEZ SEN
Tytuł: Wędrówka przez sen
Oryginalny tytuł: Dreamless
Autor: Josephine Angelini
Tłumaczenie: Julia Wolin
Wydawca: Amber
Seria: Spętani przez bogów #2
Liczba stron: 368
Moja ocena: 3/10

„To nie nasze możliwości sprawiają, że jesteśmy niebezpieczni, tylko nasze wybory.” [s. 198]

Sny stanowią niewątpliwie ważną częścią naszego życia. Mimo, że często nie pamiętamy szczegółów, zapewniają nam wypoczynek w nocy, przy okazji obnażając nasze największe sekrety. Sen to przecież jedno z niewielu miejsc, w którym nic nie ukrywamy.
A teraz wyobraź, że nie możesz śnic. Kraina Morfeusza jest dla Ciebie zamknięta. A Ty zamiast spokojnie śnić swoje sny, każdej nocy trafiasz do krainy umarłych...

„Wiedzieć, czego się chce i mieć dość pewności, żeby powiedzieć to na głos to dwie najtrudniejsze rzeczy w życiu, młoda księżniczko.” [s. 202]

Od wieków potężne boginie zemsty, Erynie, zmuszają kolejne pokolenia Sukcesorów do bratobójczej walki. Trzy siostry zrodzone z krwi ojca nie zaznają spokoju, dopóki dług krwi nie zostanie spłacony. Nagle pojawia się jednak szansa na uwolnienie wszystkich od klątwy. Może tego dokonać tylko Helena Hamilton – nosząca rysy słynnej Heleny Trojańskiej – a to dlatego, że posiadła moc schodzenia do Podziemia wraz z własnym ciałem. Podziemie rządzi się jednak własnymi prawami, przez co wykonanie zadania wcale takie łatwe nie będzie. Zwłaszcza, ze Helena tak naprawdę nie wie, co dokładnie ma zrobić...

„Nie daj się uwieść Morfeuszowi...” [s. 238]

„Wędrówka przez sen” to sequel to chwalonej serii Josephine Angelini. „Spętani przez bogów” przynieśli autorce rzesze książkowych fanów, którzy dali się zauroczyć magią mitologii greckiej w nowoczesnym wydaniu. Dlaczego więc ta książka odniosła tak wielki sukces? Przyczyną była zapewne wartka akcja, a także nieszablonowy wątek romantyczny. Szczerze chciałabym powiedzieć to samo o kontynuacji. Szkoda tylko, że to mijałby się z prawdą. Niestety, żadna z tych cech nie znalazła się w „Wędrówce przez sen”.

„Piekłu niepotrzebne były jeziora ani płomienie, żeby torturować. Czas i samotność zupełnie wystarczały.”

Najbardziej zabolał mnie chyba fakt wprowadzenia do fabuły drugiego bohatera płci męskiej. Przez to pojawił się dość schematyczny element fabuły, co niszczy moje mniemanie o oryginalności trylogii, która po pierwszym tomie zapowiadała się jako co najmniej wybitna. Oczywiście, do samego Oriona nie mam żadnych zarzutów. Wręcz przeciwnie – jest chyba najlepszą postacią w całej książce.

„- Gdzie Lucas? - spytała Noel i zaniepokojona odwróciła głowę, żeby spojrzeć na Helenę.
- Wyskoczył przez okno - odparła Helena. Wzięła kubek i nalała sobie kawy. Kiedy podniosła głowę, zdała sobie sprawę, że wszyscy na nią patrzą. - Serio. Wpadliśmy na siebie na korytarzu i kiedy mnie zobaczył, dosłownie wyskoczył przez okno. Dolać komuś?”

Dalej jest niestety gorzej. Dialogi, może i są płytkie, ale dopasowane do odbiorcy ( w tym przypadku raczej młodszej młodzieży, sądząc po stylu pisania). To jeszcze mogłam przetrawić, jednak kompletnie odrzucał mnie fakt samych rozmów – niemal przez cały czas odnosiłam wrażenie sztuczności. Po za tym, rozmowy często nie trzymały się tematu, przez co Sukcesorzy – wszak potomkowie bogów – nie wydawali się ani niebezpieczni, ani nawet tajemniczy.

„Im więcej czytały, tym bardziej były przekonane, że połowa źródeł o Hadesie została stworzona przez średniowiecznych skrybów na ciężkich prochach.
-Widziałaś kiedyś w Hadesie mówiące szkielety koni?(...)
-Nie. Ani jednego mówiącego szkieletu. Nawet końskiego.(...) -Myślę więc, że możemy odłożyć to na kupkę 'zdecydowanie na haju'.”

Dopatruję się jednak jednej mocnej strony. Większa część akcji osadzona jest w Hadesie, krainie umarłych, co trochę urozmaica opisywaną historię. Dodaje także nieco aury tajemniczości, na polu której inne aspekty „Wędrówki przez sen” podupadają względem poprzedniej części. Ucieszył mnie także fakt umiejscowienia historii w atmosferze mitów greckich. W ciąż uważam to za interesujący temat, jednak tutaj było go trochę mało. W każdym razie, nawiązania do mitologii greckiej to jak na razie najsilniejszy element sequela, bo pozostałe wątki niestety wydawały się wymuszone. Mam tu na myśli przede wszystkim wątek romantyczny, z którego tutaj zrobiła się ckliwa love-drama.

„Przeszłam trasę do piekła i z powrotem w poszukiwaniu miejsca, w którym mogłabym porzucić te uczucia, ale nie znalazłam dziury tak wielkiej i głębokiej.”

Chyba spodziewałam się za dużo po tej książce. Czuję się zawiedziona poziomem, który w porównaniu do poprzedniej części, mocno opadł w dół. Nie dotyczy to jednak wątku zawierającym mitologię grecką. Ale i tu poziom jest tylko troszeczkę wyższy. „Wędrówka przez sen” to rozwinięcie trylogii, więc chyba powinien być choć trochę lepszy, prawda? Niby autorka powinna mieć lepszy warsztat, jednak tutaj tego w żadnym wypadku nie widać. Tak więc, po doskonale zapowiadających trylogię „Spętanych przez bogów”, przyszedł czas na dużo gorszą „Wędrówkę przez sen”. Już boję się zakończenia... Pomijając fakt, że z reguły staram się kończyć napoczęte serie,  teraz nachodzą mnie wątpliwości, czy w tym przypadku na pewno warto.



Trylogia Spętani przez bogów:
1. "Spętani przez bogów" - RECENZJA
2. "Wędrówka przez sen"
3. "Goddes"



wtorek, 15 maja 2012

W twoim własnym krajobrazie strachu...

Tytuł: "Niezgodna"
Oryginalny tytuł: "Divergent"
Autor: Veronica Roth
Tłumaczenie: Daniel Zych
Seria: Niezgodna #1
Wydawca: Amber
Liczba stron: 349
Moja ocena: 7/10

„Bo życie jest niesprawiedliwe, Albercie. A świat sprzysiągł się przeciwko tobie.”

„Dlaczego ludzie chcą udawać, że śmierć to sen? Nie jest snem.”


Każdy z nas musi się kiedyś zdecydować, co chce robić w przyszłości. Jednym przychodzi to łatwiej, innym nieco mniej. A co jeśli wybór masz z góry narzucony? Co jeśli nie możesz wziąć życia we własne ręce i decydować po własnej myśli? Do takiego świata zaprasza nas młodziutka autorka Veronica Roth wraz ze swoją debiutancką powieścią – „Niezgodna”.

Społeczeństwo zbudowane na ruinach Chicago podzielone jest na pięć frakcji: Prawość (szczerość), Altruizm (bezinteresowność), Nieustraszoność (odwagę), Serdeczność (spokój, pokojowe nastawienie) i Erudycję (inteligencję). Każdą z nich rządzą odmienne prawa, także ich członkowie zachowują się w sposób ustalony przez zasady ich frakcji. Każdy szesnastolatek przechodzi test predyspozycji mający wykazać cechy pasujące do konkretnej frakcji, wskazując nastolatkowi drogę adekwatną do jego osobowości. Potem, w krwawej ceremonii musi wybrać frakcję – miejsce, w którym spędzi resztę życia. Każdy, kto łączy cechy kilku frakcji uważany jest na Niezgodnego. A takich jak oni, trzeba zlikwidować...
Nadchodzi dzień, w którym to Beatrice ma zdecydować. Jej wybór zaskoczy wszystkich. Dziewczyna porzuca Altruizm, a w nim rodzinę, by jako Tris stać się Nieustraszoną. Będzie musiała przejść brutalne szkolenie, zmierzyć się ze swoimi największymi lękami. A co, jeśli odnajdzie miłość?
Tymczasem wybucha wojna pomiędzy frakcjami. A tylko Tris zna tajemnicę, która może zapobiec rozlewowi krwi...

Pierwsze, co mnie uderzyło, to sama okładka. Nie, nie chodzi mi o wersję estetyczną, ale kolejny napis, który jak mniemam miał zachęcić, a mianowicie ten porównujący „Niezgodną” do osławionych już „Igrzysk śmierci”. Zaczęłam się już poważnie zastanawiać, czy ludzie naprawdę muszą korzystać z dzieła pani Collins do wypromowania własnych wypocin? Przymknęłabym jeszcze oko, gdyby obie serie miały ze sobą wspólnego coś więcej niż to, ze akcja dzieje się w przyszłości. Reszta jest zupełnie inna, dlatego jednak postanowiłam odstawić zupełnie na bok „Igrzyska śmierci”, co by „Niezgodnej” się za bardzo nie czepiać. I co otrzymałam po takim działaniu? Ano całkiem przyjemną lekturę.

Szesnastoletnią Beatrice poznajemy w dniu jej testu przynależności. Właśnie nieśmiało spogląda w lustro – w Altruizmie nie można tego robić. Liczy się wszak tylko bezinteresowna pomoc. Ale problem w tym, że Beatrice nigdy nie czuła się w swojej rodzinnej frakcji dobrze. Chciała czegoś więcej, może... wolności? To nie do końca prawda, że możemy oglądać przemianę szarej myszki Beatrice w twardą Tris. Te zmiany tkwiły w niej od dawna, po prostu dopiero teraz zyskały szansę na ukazanie się w pełnej krasie.

Po pierwsze, Tris jest lekkomyślna. Często działa pod wpływem impulsu, gwałtownie. Jej decyzje są często kompletnie nieprzemyślane, co niby nie powinno, ale jej ... pomaga. Ale jest jeszcze coś, co ratuje Tris w moich oczach – dziewczyna posiada jakże przydatną umiejętność kojarzenia faktów. Dlatego też, nie spotkałam się z irytującą sytuacją, jaką z pewnością byłoby wyprzedzenie naszej nowicjuszki w toku myślenia. Nie wiem, jak inni, ale ja myślałam z nią mniej więcej w jednym tempie.

Poza Beatrice-Tris nie mamy okazji poznać  nikogo bliżej. Oczywiście przez karty powieści przewija się wielu bohaterów, jednak żadnego nie znamy na tyle dobrze, żeby móc go polubić, a co dopiero szczerze się z nim zaprzyjaźnić. Za to ode mnie minus – pani Roth należycie zajęła się kreacją głównej bohaterki, gorzej niestety z pozostałymi osóbkami. Tutaj niestety wszystko leży – w końcu jedna wielowarstwowa postać nie może zmienić mojego zdania o całej reszcie. Być może autorka poprawi ten błąd w kolejnych częściach.

Zdarzyły się także takie sytuacje, gdzie szczerze uśmiechnęłam się pod nosem. Nawet nie była to wyjątkowa głupota bohaterów, czy idiotyzm sytuacji. Uśmiech na mojej twarzy wyczarowało kilka celnych ripost oraz utarczki słowne pomiędzy Tris a Peterem. To, jak oni się nienawidzą było nawet zabawne :D No dobra,  przynajmniej ze cztery razy idealnie przewidziałam, co wydarzy się w następnej scenie. Ale nie traktuję tego jako błąd – przez pozostałą część książki coś takiego się nie zdarzyło.

„Niezgodna” będzie z pewnością stanowić pozycję obowiązkową dla fanów dystopii, a także różnorakich wizji przyszłości. Może nie spotkamy tu tego, co chwyciło nas za serca w „Igrzyskach śmierci”, ale mimo tego,  debiut pani Roth uważam za całkiem udany. Niewielki format, a do tego wartka akcja sprawiły, że „Niezgodną” pochłonęłam w niespełna kilka godzin, a czasu tego w żadnym wypadku nie uważam za stracony. Myślę, że dam autorce jeszcze szansę rozwinąć skrzydła przy okazji lektury „Insurgent” – kolejnego tomu cyklu o Tris Prior.

Na cykl o młodej Nieustraszonej składają się:
1. "Niezgodna"
1,5. "Free four. Tobias tells the story"
2. "Insurgent"
3. tytuł nieznany

niedziela, 15 kwietnia 2012

"Żelazna córka" Julie Kagawa

Tytuł: "Żelazna córka"
Oryginalny tytuł: "The iron daughter"
Autor: Julie Kagawa
Tłumaczenie: Joanna Lipińska
Seria: Żelazny dwór #2
Wydawca: Amber
Liczba stron: 334
Moja ocena: 9/10

„- Ależ jestem pokręcona – wyszeptałam, padając na łóżko. Pęknięcia w suficie uśmiechnęły się do mnie szyderczo. – Co ja mam zrobić? – jęknęłam.
- Najlepiej rozpaczać w ciszy, żebym mógł zasnąć.”

Pamiętacie jeszcze czas, kiedy Meghan była zwyczajną nastolatką? Kiedy nawet nie przypuszczała, ze obok niej istnieje drugi, magiczny świat? Szczerze mówiąc, ja już nie. Przygody Meghan opisane w Żelaznym Królu tak mnie porwały, że ani przez chwilę nie zwlekałam, gdy rozeszła się wieść o premierze kontynuacji, czyli „Żelaznej córki”. Po fenomenalnej części pierwszej nietrudno się domyślić, że Córka miała przynieść mi odpowiedzi na pozostawione pytania. Czy tak się stało? Po części tak, z tym że kontynuacja pozostawiła ich za sobą jeszcze więcej...

Związana umową z Zimowym Księciem, Meghan musiała udać się na Dwór Zimy. Od tej chwili stała się więźniem bezdusznej królowej Mab, czekającej na każde jej potknięcie. W takich warunkach niełatwo jest myśleć nad kolejnym planem ratowania świata, nieprawdaż? Ale Meghan musi zapomnieć o swoich dotychczasowych problemach, obojętności Asha, nieobecności Puka i niewiedzy o życiu w świecie ludzi, bo magiczne Berło Pór Roku zostało skradzione, a Dwory obwiniają o to siebie nawzajem. Tylko Meghan była przy kradzieży, więc tylko ona wie, kto tak naprawdę za tym stoi. Ale co zrobić z tą wiedzą, jeżeli nikt jej nie wierzy? No cóż, chyba Meghan będzie musiała odzyskać berło na własną rękę...

Julie Kagawa po raz kolejny pozwala nam wkroczyć w niezwykłą krainę Nigdynigdy wraz z wielowymiarowymi bohaterami. Meghan, pomimo zmian, które pojawiły się ostatnio w jej życiu, nadal jest tą samą, silną dziewczyną. Może postępuje czasami pochopnie i pod wpływem emocji, uciszając skutecznie głos rozsądku, ale to także ma swój urok. W końcu bohaterowie książkowi nie powinni być wyidealizowani, bo to aż kłuje w oczy. Autorka umiejętnie domieszała trochę rozważności i cechę zgoła odmienną, czego wynikiem jest barwna postać Meghan.
O bohaterach męskich mogłabym się rozpisywać, ale mamy ich aż dwóch, co skutecznie mnie ogranicza, co by Was nie zanudzić. O ile w pierwszym tomie było trochę więcej Ash’a, to w „Żelaznej córce” role się odwracają i mamy okazję poznać nieco bliżej Puka. Mimo różnic dzielących obu panów, nadal nie potrafię określić, którego z nich lubię najbardziej. No bo jak tu wybrać pomiędzy słynącym ze swoich żartów Pukiem, a przystojnym zimowym księciem, do serca którego trudno się dostać? Póki co, poczekam kto okaże się ważniejszy dla Meghan, bo to będzie oznaczało, że ja będę mogła wziąć tego drugiego!
Nie mogłabym zapomnieć o jeszcze jednej (no, może nie do końca) osobie, a mianowicie o naszym kochanym Grimalkinie. Z chęcią bym go uściskała, ale jak to ładnie Meghan ujęła, pewnie rozszarpałby mnie pazurami z tego nadmiaru czułości. Tego wszędobylskiego, zarozumiałego i wiecznie znużonego kota zwyczajnie nie da się nie lubić, o czym przekonał się już każdy, kto miał szansę go poznać.

Autorka podjęła się trudnego zadania wykreowania całkiem nowego świata. Być może wspomniałam już o tym w recenzji „Żelaznego króla”, ale to nic, powtórzę jeszcze raz. Julie Kagawa po raz kolejny zaprosiła nas do pełnej niebezpieczeństw, ale jakże pięknej krainy Nigdynigdy. Wszystkie opisy czytałam z rosnącym zainteresowaniem, a zwyczaje przeróżnych magicznych istot często mnie dziwiły, czy przerażały. Z drugiej strony, książka nie była opisami przesycona, dzięki czemu niektóre elementy mogłam sobie stworzyć sama za pomocą wyobraźni. Autorce po raz kolejny udało się wyważyć wszystko równomiernie, a ja nigdy nie miałam wrażenia, że dany opis za długo trwa, albo akcja się wlecze.

Narracja, tak jak w części pierwszej, prowadzona jest z punktu widzenia Meghan, gdzie główna bohaterka przekazuje nam zarówno przebieg akcji, tak jak i własne uczucia. Z tego powodu bałam się, że będziemy zmuszeni przysłuchiwać się lamentom głównej bohaterki nad jest życiem miłosnym. Na szczęście, akcja porwała Meghan w równym stopniu jak nas, więc dziewczyna nie ma zbytnio czasu na takie wynurzenia.

Tych, co już raz wkroczyli do Nigdynigdy do powrotu namawiać nie trzeba. „Żelazna córka” ponownie rzuca nas w wir wydarzeń, a przywołanie znowu do życia starych legend i baśni sprawia, że kontynuacja serii Żelazny dwór jest nasycona magią i uczuciami towarzyszącymi przygodom Meghan. Lęk, miłość i marzenia spotykają się na kartach tej powieści, tworząc z niej niezapomnianą lekturę z wyrazistymi bohaterami i wartką akcją. Dlatego też daję zasłużone 9/10, a tych, którzy nadal przekonani nie są, zapraszam do przekonania się o wszystkim na własnej skórze.

Cykl Żelazny Dwór obejmuje:
1. Żelazny król –RECENZJA
1,5Winter's Passage
2. Żelazna córka
3. The Iron Queen
3,5. Summer's Crossing
4. The Iron Knight

************************************

Przypominam o wygrywajce, do której nadal możecie zgłaszać się tutaj.


sobota, 7 kwietnia 2012

"Zamieniona" Amanda Hocking + życzenia świąteczne + Marcepankowa Wygrywajka

Tytuł: "Zamieniona"
Oryginalny tytuł: "Switched"
Autor: Amanda Hocking
Tłumaczenie: Ewa Spirydowicz
Seria: Trylogia Trylle #1
Wydawca: Amber
Liczba stron: 301
Moja ocena: 7/10

„Głupcowi wydaje się, że wie wszystko. Mędrzec wie, że nic nie wie.”

Okładka dumnie głosi, że „Trylogia Trylle wywołała sensację wydawniczą, jakiej nie było od czasu Stephenie Meyer ani nawet J. K. Rowling.”. Rozumiem, że ten napis miał zachęcić, ale ze mną było chyba odwrotnie. Nie przepadam za takim porównywaniem ze znanymi nazwiskami, ale nie oceniałam, w końcu jeszcze nic nie wiedziałam o treści. Dlatego pojawia się pytanie, czy pierwszy tom tak zachwalanej trylogii rzeczywiście jest taki dobry? Na początku powiem, że tak, mimo że autorka nie ustrzegła się kilku błędów. Jakich? Zapraszam do zapoznania się z recenzją.

Kiedy Wendy miała sześć lat, jej matka, przekonana że Wendy jest potworem, rzuciła się na nią z nożem. Z tym potworem, to po części prawda, tylko, że Wendy o tym nie wie. Dlatego, gdy jedenaście lat później próbuje zgłębić tajemnicę swego pochodzenia, nie chce wierzyć w jego rezultaty. Jednak pewnego dnia na jej parapecie pojawia się chłopak, utrzymujący, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania, w tym to o pochodzeniu Wendy. A byłoby jeszcze lepiej, żeby chłopak chciał zdradzić coś więcej, niż to, że musi ją zabrać w miejsce, o którym istnieniu nawet nie wiedziała...

Pierwszym z atutów jest nieszablonowa (no, przynajmniej po części...) fabuła. Oczywiście mamy dziewczynę, mamy chłopaka, niebezpieczeństwo i tajemnicę, ale chodzi mi bardziej o sam motyw przewodni całej trylogii – Trylle. Nazwa od razu przyniosła mi na myśl trolle (nie wiem, skąd skojarzenie ze Shrekiem...) stworzonka niezbyt przyjazne. Postacie z „Zamienionej” są bardziej pasożytami – podrzucają swoje dzieci bogatym ludziom, żeby po osiągnięciu przez podrzutki zabrać je wraz z całym majątkiem. Niezbyt spodobało mi się takie zachowanie, zresztą naszej głównej bohaterce też nie przypadło ono do gustu. Mimo że motyw ‘podrzutków’ pojawił się już między innymi w „Skrzydłach Laurel”, udało mi się nie porównywać obu powieści, dzięki czemu ocena będzie z pewnością wyższa – ominęłam zręcznie poczucie, że ‘to już było’.

Wendy to jedna z tych postaci, które polubiłam od pierwszej strony. Może czasami wydawała mi się rozkapryszona, czy może dziecinna, ale cenię ją za chęć odkrywania tajemnic, a przede wszystkim za swój upór. O nie, Wendy nie pozwoli, żeby coś działo się bez jej wiedzy, za to z jej udziałem i nie zgadza się na wszystko potulnie kiwając główką, ale potrafi się celnie odgryźć.
Kolejną postacią, o jakiej warto wspomnieć jest Willa. Z kolei z nią było odwrotnie – najpierw jej nie lubiłam, a później spojrzałam na nią z innej strony. Na początku zachowywała się ‘snobowato’ i nie obchodziło jej nic poza czubkiem własnego nosa. Później doszły do tego celne wypowiedzi i po prostu szerszy pogląd na sposób życia, więc w ogólnym rozrachunku i tę postać oceniam pozytywnie.
Wśród gamy bohaterów odnalazłam jeszcze jedną przyjazną duszyczkę, a mianowicie Rhysa. Nie występuje tutaj za często, ale mam nadzieję zobaczyć go w kolejnej części. A jednak, mimo ograniczonego czasu udało mu się zdobyć moją sympatię poprzez swoją osobowość i nietuzinkowe teksty.
Poza wymienionymi, w „Zamienionej” występuje jeszcze wielu bohaterów, ale żaden nie pozostał głęboko w mojej pamięci przede wszystkim przez szablonowość lub po prostu zwyczajnie małą częstotliwość spotkań z nimi.

Jak to zwykle w młodzieżówkach bywa, narrację w całości objęła główna bohaterka, w tym przypadku Wendy. Nie dopatrzyłam się w jej sposobie przekazywania informacji żadnych większych błędów, poza kilkoma literówkami, ale to przecież nie jej wina. Jeśli chodzi o styl pisania, autorka całkiem dobrze wywiązała się ze swojego zadania. Posługuje się lekkim, młodzieżowym językiem, ale nie przesadzając ze slangiem, tak więc całość jest łatwa w odbiorze.

Na początku wspomniałam, że autorka nie ustrzegła się błędów. Pierwszy z nich to praktycznie sam początek, który od razy rzucił mi się w oczy. Uważam, ze Wendy jakoś za szybko się wszystkiego dowiedziała, więc zabrakło mi czasu, żebym sama mogła się wczuć w dotychczasowe życie dziewczyny. Najpierw Wendy nie wie nic, nawet niczego nie podejrzewa, by za dosłownie kilka stron zadawać już bardzo szczegółowe pytania dotyczące świata Trylli. Zabrakło mi tutaj jakiegoś ‘etapu przejściowego’, bo autorka praktycznie od razy zaczęła nas wprowadzać w świat istot kojarzących mi się wciąż ze Shrekiem. Niespieszno mi wybaczyć tego Amandzie Hocking, bo to jej już któraś tak z kolei książka, ale postanowiłam jednak przymknąć ta to oko i zobaczyć jak warsztat pisarski autorki rozwinie się w kolejnej części.

Żeby nie kończyć przykrym akcentem, postanowiłam wspomnieć jeszcze o ślicznej oprawie książki. Okładka z miejsca przykuwa wzrok ładnie wyeksponowanym tytułem, a także tajemniczym rysunkiem, który nawet ma co nieco wspólnego z fabułą. Jeśli chodzi o środek, czcionka jest dobrze dobrana i przede wszystkim czytelna, dlatego nie męczy oka. Warto jeszcze wspomnieć o imponująco przedstawionych tytułach rozdziałów, podobnych do motywu okładki, dlatego całość wydania oceniam pozytywnie.

Mimo wymienionego błędu, „Zamienioną” czyta się bardzo przyjemnie i przede wszystkim szybko. Cała lektura zajęła mi nie więcej niż dwa popołudnia, i tak przerywane co i rusz przygotowaniami do świąt. Dlatego też, w ogólnym rozrachunku, powieść polecam przede wszystkim miłośnikom młodzieżówek, a zwłaszcza paranormali, ale myślę, że każdemu czasami przyda się taki ‘odmóżdżacz’, a „Zamieniona” jest tego bardzo dobrym przykładem. 



*****************************************



Nigdy nie byłam dobra w składaniu życzeń, dlatego życzę Wam tradycyjnego zdrowia i szczęścia oraz pomyślności, a niżej pozwalam sobie zamieścić znaleziony wierszyk, który z pewności lepiej odda, co chciałabym powiedzieć :)

Na stole święcone, a obok baranek,
Koszyczek pełny barwnych pisanek,
I tak znamienne w polskim krajobrazie,
W bukiecie srebrzyste, wiosenne bazie,
Zielony barwinek, fiołki i żonkile,
Barwami stroją uroczyste chwile,
W dom polski wiosna wchodzi na spotkanie,
Gdy wielkanocne na stole śniadanie.

Wesołych Świąt!


*****************************************


Tak się złożyło, że mam dwa egzemplarze "Zamienionej", dlatego też jeden z nich chciałabym komuś sprezentować. Ogłaszam Pierwszą Marcepankową Wygrywajkę!


Co trzeba zrobić, aby wziąć udział? Wszystko jest proste, wystarczy tylko zastosować się do poniższych zasad:

Zasady wygrywajki:
  1. Konkurs dla osób mieszkających na terenie Polski,
  2. W komentarzu zgłoś chęć udziału i podaj swój adres e-mail, (jeden los)
  3. Dodaj bloga do obserwowanych (kolejny los)
  4. Wstaw podlinkowany baner na swojego bloga (oczywiście, jeśli go posiadasz) – jeszcze jeden los
  5. W losowaniu można otrzymać maksymalnie trzy losy,
  6.  Zgłoszenia przyjmuję do 21 kwietnia do północy, a następnego dnia postaram się podać wyniki :)

sobota, 10 marca 2012

"Żelazny Król" Julie Kagawa

Tytuł: :Żelazny Król"
Oryginalny tytuł: "The Iron King"
Autor: Julie Kagawa
Tłumaczenie: Joanna Lipińska
Seria: "Żelazny Dwór" #1
Wydawca: Amber
Liczba stron: 351
Moja ocena: 9/10

„Można zginąć na tyle ciekawych sposobów: zostać nadzianym na szklany miecz, zaciągniętym pod wodę i zjedzonym przez kelpię, zamienionym w pająka albo krzak róży na wieki wieków...- spojrzał na mnie.- To co, idziesz?”

Od dłuższego czasu, moją ulubioną serią książkową nawiązującą do wróżek, wampirów i tym podobnych były „Dary Anioła” Cassandry Clare. Dzisiaj do grona książek, do których będę wracała z uśmiechem wkracza „Żelazny Król” autorstwa Julie Kagawy. Od czasów „Darów...” nie spotkałam się z książką łączącą humor i dużo akcji, a nawet jakąś tajemnicę. Taką powieścią jest „Żelazny Król”, o do czego za chwilę będę próbowała Was przekonać.

Za kilka godzin, Meghan Chase, z pozoru zwykła licealistka, skończy szesnaście lat. Nigdy się tym specjalnie nie ekscytowała, chociaż miło by było, gdyby jej mama przynajmniej raz o tym pamiętała. Jednak na to się nie zanosi, słodką szesnastkę przyjdzie jej uczcić wraz z Robbiem, jedynym przyjacielem. Ale kto by pomyślał, że Rob wcale nie jest wesołym kumplem, ani nawet człowiekiem? W dniu szesnastych urodzin Rob będzie musiał wyjawić jej prawdę, odkryć przed nią świat, o jakim nie śniła. Bo przeznaczeniem Meghan jest rozstrzygnąć wojny pomiędzy dwoma wrogimi sobie dworami elfów. Do tego dochodzi jeszcze tajemnicze zachowanie młodszego brata i już możemy wkraczać przez przejście w szafie do krainy Nigdynigdy.

Tak czytając opis, mam ochotę krzyknąć ‘Ale to już było!’. Co takiego jest więc z tej książce, że postanowiłam trzymać język za zebami?

Po pierwsze, Meghan na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od przeciętnej, czytadłowej bohaterki, na początku będącej szarą myszką, później przeżywającej swoje pięć minut sławy, jednak z miejsca zaskarbiła sobie moją sympatię. Lubię bohaterki potrafiące postawić na swoim, nie przejmujące się porażkami i niepowodzeniami. Chociaż Meghan radzi sobie nieco gorzej jeśli chodzi o na przykład walkę, trzeba ją było ciągle ratować z opresji, to i tak żywię do niej jak najbardziej ciepłe uczucia.
Kolejną postacią wartą uwagi jest dla mnie Robbie-Puk. Często mimowolnie uśmiechałam się, czytając dialogi z jego udziałem. Zastanawiałam się tylko, kiedy żarty pójdą za daleko i przyjdzie mu zastanowić się trochę poważniej. Co oczywiście nie oznacza, że go nie polubiłam. Jego zwyczajnie nie da się nienawidzić :)
Jak to w młodzieżówkach bywa, pojawiła się także druga postać męska, tutaj był to książe Zimowego Dworu, Ash. Skłamałabym, mówiąc, że go uwielbiam, chociaż nie raz zdarzyło mi się unieść kąciki ust przy czytaniu jego dialogów z Robinem Koleżką, z bądź co bądź, ale największym wrogiem. Początkowo Ash wydawał mi się oziębły (pochodzenie zobowiązuje...) i nie wart uwagi. Później na szczęście coś się pozmieniało i z dumnego bufona stał się całkiem sympatyczny.

Na potrzeby tej recenzji, przeprowadziłam wśród moich znajomych maleńką sondę; zapytałam się z czym kojarzy im się elf. Pierwszym skojarzeniem większości był Disneyowski ‘Dzwoneczek’. Na początku ja również spodziewałam się czegoś takiego, ale ostatecznie uważam elfy pani Julie Kagawy za połączenie wróżek ze „Skrzydeł Laurel” z elfami z książek Melissy Marr. Mieszanka dosyć wybuchowa – piękno z czyhającym wszędzie złem...

Julie Kagawa postawiła sobie trudne zadanie. Osobiście uważam, że stworzenie całkiem nowego świata nie jest proste, ale autorce udało się to znakomicie. Kraina Nigdynigdy łączy w sobie motywy z „Alicji w Krainie Czarów”, „Opowieści z Narnii”, czy „Snu nocy letniej”. Nie obeszło się także bez aspektów zaczerpniętych z ludowych wierzeń i korzeni w mitologii.
Oczywiście wiem, ze takie miejsce istnieć by nie mogło, dlatego bałam się, ze Nigdynigdy będzie mi zalatywało kiczem i wyda mi się mało realistyczne. Na szczęście, tak się nie stało, aż sama się sobie dziwię, bo miałam wrażenie, że wystarczy otworzyć drzwi szafy, przestąpić próg, by zanurzyć się w tym niezwykłym świecie.

Byłam zaskoczona szybkością, z jaką autorka wprowadziła nas w opisywane wydarzenia. Zważając na wymyślony świat, spodziewałam się obowiązkowych kilku rozdziałów, o tym, jak gówna bohaterka poznaje nowo odkrytą krainę, a tu z miejsca zostałam rzucona w wir wydarzeń. Podróż oczywiście bezpieczna nie jest; Meghan na swojej drodze spotyka zarówno złe, jak i dobre stworzonka. Do tych drugich należy chociażby Grimalkin (co prawda, jest kotem, ale czy to w czymś przeszkadza?), czyli postać bardzo ... specyficzna.

Narracja prowadzona jest tradycyjnie w pierwszej osobie, odczucia, jak i przebieg wydarzeń relacjonuje nam sama Meghan. Styl autorki idealnie współgra z fabułą, a barwne opisy pozwalają nam wyobrazić sobie wszystkie postacie oraz odwiedzane miejsca. Miejscami pojawiały się zabawne stwierdzenia, dialogi czy wypowiedzi. Nie lubię się nie zaśmiać czasami przy czytaniu książki, więc dla mnie to duży plus.

Podsumowując mój długaśny wywód (mam nadzieję, ze nie zasnęliście po drodze...), myślę, że „Żelazny Król” to książka wybijająca się z szeregów dzisiejszych paranormali. Dzieło pani Kagawy ujmuje prostotą i zaskakuje nieprzewidzianymi zwrotami akcji. Podobno przebieg wydarzeń można przewidzieć, ale przy lekturze przekonałam się, że nie zawsze. Pozycja od razu trafia na listę moich ulubionych. Na każdej ze stron widać magię, która otula każde czytelnicze serce. Do tej pory nie przepadałam za wróżkami, ale z każdą przewróconą stroną moje nastawienie się zmieniało i myślę, że będę coraz częściej zwracać uwagę na książki o tej tematyce.
Jedyne, co mi teraz pozostało, to rekomendacje. Komu mogę polecić „Żelaznego Króla”? Z pewnością będą to fani gatunku, ale według mnie, każdemu przyda się chwila wytchnienia w świecie Nigdynigdy.




niedziela, 4 marca 2012

"Wariant" Robison Wells

Tytuł: "Wariant"
Oryginalny tytuł: "Variant"
Autor: Robison Wells
Tłumaczenie: Marta Czub
Seria: "Wariant" #1
Wydawca: Amber
Liczba stron: 300
Moja ocena: 9/10

„Nie zrób czegoś, czego będziesz potem żałować.”

Po „Wariant” sięgnęłam z czystego przypadku, stała sobie na bibliotecznej półce, a ja stwierdziłam, że jeszcze dopchnę ją do mojego konta. W tej recenzji chyba nie uniknę porównywania tej ksiązki do sławnego „Gone”, nie da się ukryć, obie powieści łączy sporo szczegółów. Ale o tym przekonam się później. Na razie postawię samej sobie pytanie „Czy żałuję czasu spędzonego przy debiucie Robisona Wellsa?”. Absolutnie nie.

Wysyłając podanie do prestiżowej szkoły z internatem Maxfield Academy, Benson myślał, że to przepustka do lepszego życia, że skończy się trwająca od wczesnego dzieciństwa tułaczka po rodzinach zastępczych. Krótko mówiąc, mylił się. Akademia okazuje się być więzieniem otoczonym murem i drutem kolczastym. Tam gdzie kamery rejestrują każdy Twój ruch, a czułe mikrofony wyczuwają każdy dźwięk, zastraszeni uczniowie nie myślą o ucieczce. W szkole, w której nie ma dorosłych, nastolatki podzieliły się na trzy grupy: Porządek, Spustoszenie, albo Wariant. Jeśli nie jesteś w żadnej z nich, to tak jakbyś nie istniał. Każda złamana zasada może zdecydować o Twoim życiu lub śmierci.

Brzmi strasznie, prawda? W takich warunkach muszą żyć siedemdziesiąt cztery osoby, a wśród nich Benson, z pozoru zwyczajny nastolatek. Z tym, że nie wie, kim byli jego rodzice. Najdłużej mieszkał w jednym miejscu przez  4 miesiące, a najkrócej – 7 godzin. W wieku trzynastu lat nawet przestał się rozpakowywać. Akademia Maxfield wydaje się być szansą na ucieczkę od dotychczasowego życia. Jak więc może się czuć chłopak zostawiony na pastwę losu w tak dziwnym miejscu? Zagubiony, rozkojarzony, a może ześwirowany? No właśnie nie, Benson już od pierwszego dnia, na przekór pragnącemu ‘bezpieczeństwa’ przywódcy Porządku, planuje ucieczkę. To właśnie mi się w nim podobało; niechętny do podporządkowania się zasadom, mający własne zdanie. Posiadanie własnej opinii w Akademii Maxfield jest bardzo trudne. Na każdym kroku przedstawiciele Porządku próbują Cię zmusić do bezwzględnego posłuszeństwa szkole. Jest to trochę irracjonalne – jak mamy być wierni komuś, kogo nigdy nie widzieliśmy? Kolejna dziwna sprawa, tylko Benson chce się wyrwać z tego miejsca. Pozostali siedzą cicho, jak myszy pod miotłą, nawet w obliczu przerażających wydarzeń.

„Wariant” bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Coraz częściej zaczynam przekonywać się do rozbudowanych wątków psychologicznych. W debiucie Robisona Wellsa poznajemy głównie odczucia Bensona, gdyż to z jego punktu widzenia możemy zapoznać się z  całą sytuacją. Obsadzenie siedemnastolatka w roli narratora uważam za dobry wybór. Mamy okazję poznać odczucia, a także trudne decyzje poprzez słowa Bensona, osoby stojącej w środku wydarzeń.

W oczy rzuciło mi się znaczące podobieństwo do serii „Gone”, miałam więc obawy, że otrzymam nic więcej, jak jego kopię. Oczywiście, nie da się nie zauważyć, w obu przypadkach pojawia się motyw braku osób dorosłych. W „Gone” dorośli zupełnie poznikali, a w „Wariancie” jakiś nadzór się pojawia, widać go chociażby w dosyć okrutnym systemie wymierzania kar, ale nic poza tym. Na szczęście moje obawy nie potwierdziły się, obie serie bardzo się różnią, dlatego coraz głębiej zanurzałam się w historię Bensona.

Książkę zaliczam do grona tych bardzo dynamicznych i nieprzewidywalnych. Przeważnie twierdzę, że w każdej pozycji da się przewidzieć przebieg akcji, ale „Wariant” całkowicie obala moją teorię. Przerzucając strony, nie domyśliłam się niczego, a zwłaszcza zakończenia, które zwaliło mnie z nóg. Na szczęście siedziałam wtedy na fotelu i straty są niewielkie J. Nie spotkałam się z żadnym ‘zastojem’, akcja pędzi równomiernie i szybko, nie dając czytelnikowi szansy na wytchnienie. Co i rusz dowiadujemy się kolejnych fragmentów układanki, by na końcu dowiedzieć się, że otrzymaliśmy wybrakowany zestaw informacji. Bardzo mi się to podobało, historię śledziłam wręcz z wypiekami na twarzy.

„Wariant” to niesamowita, trzymająca w napięciu i niezwykle oryginalna historia. Nawet nie wiem, kiedy minął mi czas. Zdarzyło mi się nawet czytać w drodze do domu, przez co zaliczyłam bardzo efektowny upadek… To powieść z dreszczykiem, zaskakujące na każdym kroku połączenia thrillera nutką wątku romantycznego, który na szczęście jest tylko tłem dla opisywanych wydarzeń. Myślę, że książka zyska fanów w wielbicielach serii „Gone”, czy „Jutro”, ale nawet ci nie znający nich, znajdą w „Wariancie” coś dla siebie.

***********************

Pochwalę się, a co mi tam :) W piątek doszła do mnie paczka z tak długo oczekiwanym "Clockwork Prince". Moje pierwsze wrażenie było dosyć przewidywalne, wydałam stłumiony okrzyk i wymamrotałam ciche 'Jak ja to przeczytam?!". Czytanie idzie mi dosyć opornie, w tekście znajduje się dużo nieznanych przeze mnie słówek, ale nie narzekam. Najwyżej w kwietniu przerzucę się na polską wersję ;)


sobota, 18 lutego 2012

"Nieziemska" Cynthia Hand

 

Tytuł: "Nieziemska"
Oryginalny tytuł: "Unearthly"
Autor: Cynthia Hand
Tłumaczenie: Katarzyna Makaruk
Seria: "Nieziemska" część 1
Wydawca: Amber
Liczba stron: 397


„Jeśli nauka uczy nas czegokolwiek, to tego, że porażki powinniśmy przyjmować tak samo jak sukcesy - ze skromną godnością i wdziękiem".”



Może na początek powiem, czego chciałam doświadczyć w lekturze „Nieziemskiej”. Oczekiwałam zwykłej młodzieżówki, niewywołującej głębszych przemyśleń. Ot, kolejna książeczka opowiadająca historię szarej i burej nastolatki. Ach, zapomniałabym, przez karty przewinąłby się jeszcze jakiś nadzwyczajny chłopak. I oto schemat jest kompletny, powstaje następne paranormal romance, jakich przecież pełno. Teraz przyszedł moment na postawienie odpowiedniego pytania. Jak wyglądały moje oczekiwania na tle rzeczywistości?

Clara niedawno dowiedziała się, że jest po części aniołem. Jak każdy anielita, ma na Ziemi zadanie do wykonania. Objawia się ono w sposób co najmniej dziwny, wizje przychodzą bez względu na wykonywaną aktualnie czynność. Nieważne, czy Clara akurat siedzi wygodnie na kanapie, czy może prowadzi samochód. Wizja przychodzi, a dziewczyna w tym czasie może zostawiś na karoserii piękny odcisk drzewa…O czym to ja… a, już wiem, zadanie. Na jawie i w snach dręczy ją wizja płonącego lasu i chłopaka stojącego pośród niego. Kiedy spotyka Christiana, chłopka z przepowiedni, wszystko zaczyna stawać się jasne i przejrzyste… Ale nie do końca. Bo jest jeszcze jeden chłopak, Tucker, poruszający mniej anielską stronę jej natury… Tutaj następuje typowa gadka-szmatka, o wyborach czekających Clarę, ale pozwólcie, że pominę ten jakże łzawy fragment fabuły.

Nie mam zarzutów, co do kreacji bohaterów, ale zawsze mogło być lepiej. Clara mogła otrzymać kilka cech niezbyt anielskich, ale może miało tak być. Dziewczyna irytowała mnie tą swoją idealnością, tym że potrafi wszystko. Jako anielitka jest nie tylko szybsza, zwinniejsza i zdolniejsza od innych. Praktycznie każde wyzwanie staje się gratką. Władać wszystkimi językami świata? – czemu nie? Skoczyć z urwiska? – jakieś przeciwwskazania? A może porozmawiać z niedźwiedzicą – nie ma sprawy! Jedynym faktem stojącym w obronie Clary jest to, iż ona sama nie akceptuje tego. Wolałaby jak wszyscy śmiertelnicy zdobywać swój sukces pracą. Dzięki temu zyskuje ona nieco w moich oczach.

Bardzo ciekawym zabiegiem zastosowanym przez panią Cyntię Hand było zamienienie głównych bohaterów miejscami. Przyzwyczaiłam się już do tego, że to zawsze chłopak jest istotą nieludzką i to on ma ratować jakże bezbronną pannę z opresji. Tutaj autorka postawiła na własną inwencję twórczą, czego efektem jest dziewczyna-anielitka i zwykły chłopak. Tym razem role się odwracają i całą akcję ocalenia mamy okazję oglądać z punktu widzenia wybawcy, czyli w tym wypadku Clary. Uważam to za dosyć interesujące, zawsze zastanawiałam się, jak taka akcja wygląda, gdy to my znamy wszystkie sekrety tajemniczych postaci, tutaj akurat aniołów. Za to mały plusik wędruje ode mnie w stronę końcowej oceny.

Obok dosyć oryginalnej cechy, pojawia się niestety minus. Po pierwszej wzmiance o występowaniu w powieści upadłych aniołów (znanych tutaj jako Czarne Skrzydła) zaczęłam się nastawiać na pojawienie się małego wątku kryminalnego, czegoś próbującego powstrzymać szlachetne zadanie Clary. Ku mojemu zaskoczeniu były dosłownie trzy strony opisujące potyczki Tych Dobrych z Tymi Złymi. Tutaj się bardzo zawiodłam, liczyłam więcej na dreszczyku. Dostrzegam w tym aspekcie jakiś potencjał, jednak nienależycie wykorzystany. Na razie mogę mieć jedynie nadzieję, że autorka rozwinie to w kolejnych częściach.

Narracja jest pierwszoosobowa, z punktu widzenia Clary. Zwykle rażą mnie wynurzenia głównej bohaterki, jak to ona nie potrafi żyć bez swojego ukochanego u boku. Na szczęście, tutaj tego typu wywody są ograniczone są do minimum, za co jestem bardzo wdzięczna. Nie wiem czy zniosłabym takowe w wykonaniu dorastającej anielitki
.
Akcja początkowo nie wciągnęła mnie, miałam problem żeby wczuć się w opisywane wydarzenia. Na szczęście później książka zainteresowała mnie, jednak nie mogę powiedzieć, że nie można się oderwać. Nie było powodów, dla których nie miałabym odłożyć „Nieziemskiej” na jakiś czas i zająć się czymś innym. Oczywiście, nie da się ukryć, że akcja pod koniec wyjątkowo przyspiesza, różnica pomiędzy poszczególnymi partiami (np. początek i zakończenie) była zauważalna. Myślę, że autorce w dużej mierze udało się wszystko rozłożyć po równo.

Na zakończenie chciałabym powiedzieć, że powieść Cynthii Hand czytało mi się dosyć przyjemnie, powyższe minusy zauważyłam dopiero po głębszym zastanowieniu. Nie mogę więc traktować ich jako duże niedociągnięcia. Polecam wszystkim szukającym niezobowiązującej i niewymagającej zbytniego wytężania umysłu lektury. Nie polecam osobom chcącym zabawić się przy zawiłej fabule i rozbudowanym wątkom.

wtorek, 7 lutego 2012

"Strąceni" Gwen Hayes


Tytuł: "Strąceni"
Oryginalny tytuł: "Falling Under"
Autor: Gwen Hayes
Tłumacznie: Ewa Zarębska
Wydawca: Amber
Liczba stron: 318

„Góra jest dołem, a dół jest górą”

„Nie oceniaj książki po okładce” to chyba najtrafniejsze określenie, jakim mogłabym opisać moje wrażenia po przeczytaniu „Strąconych”. Nie miałam przez to na myśli, że książka nie spełniła moich oczekiwań. Wręcz przeciwnie. Czuję się zaskoczona obecnością morału w, z pozoru, zwykłej młodzieżówce. Może nim być ten, usytuowany na początku recenzji, ale zastanawiałabym się jeszcze nad tym, że piękno tkwi w środku.

Siedemnastoletnia Theia zawsze żyła w „złotej klatce”. Jej świat pełen jest zakazów i nakazów. Nie wolno jej spotykać się z chłopcami, a nawet z najlepszymi przyjaciółkami. Nigdy nie miała takiej swobody, jak inne dziewczyny w miasteczku. Pewnej nocy, nocy siedemnastych urodzin, w życiu Thei zaczynają pojawiać się sny. Piękne, a zarazem straszne. W każdym z nich błądzi po labiryncie z cierni, by na końcu ksiązki spotkać jego. I nagle chłopak ze snów pojawia się w jej szkole. Jest cudowny, ale zupełnie inny, nie przypomina tego z cierniowego labiryntu. Dlaczego odtrąca ją na jawie? Okazuje się, że Haden skrywa pewien mroczny sekret. Czy miłość Thei jest silniejsza niż strach?

Całą opowieść można porównać do znanej baśni, a mianowicie do „Pięknej i Bestii”. Theia odgrywa tutaj rolę właśnie Pięknej, nieświadomej czyhającego bezpieczeństwa. Jest to chyba wina przewrażliwionego ojca. Odizolowana dziewczyna nie ma pojęcia o otaczającym ją świecie. Ubrania wybiera i kupuje jej stylista, a dekorator wynajęty prze ojca co kilka miesięcy wprowadza mało znaczące zmiany w pokoju, żeby dziewczyna zbytnio się nie znudziła. Po za tym, nie brak jej wrodzonego buntu. Na początku jest on może nieduży, ledwo powierzchowny, ale  z czasem Theia nabiera odwagi i zaczyna układać życie po swojemu.

Nagle w jej życie z buciorami wkracza Haden. Zaskoczeniem dla mnie był brak zbytniego wyidealizowania tego bohatera, za co bardzo dziękuję autorce. Haden oczywiście swój urok ma, ale na szczęście nie brak mu też upadków. Gwen Hayes wyciągnęła wnioski z minusów zarzucanych innym tego typu powieściom. Dzięki temu Haden stał się bardziej realistyczny, a razem z nim cała powieść.

Źle byłoby nie wspomnieć o najlepszych przyjaciółkach Thei, Donny i Ame. Dla przeciętnego obserwatora wiele różni te dziewczyny i nie wiadomo dlaczego utworzyła się więź łącząca wszystkie trzy. Po głębszym zastanowieniu się widać, że Theia, Donny i Ame pasują do siebie świetnie. Donatellę (dla tych, którzy ośmielili się ją tak nazwać) można nazwać ‘przebojową’ postacią. W głowie jej chłopcy, imprezy i spotkania ze znajomymi. Nie ukrywam, bardziej do gustu przypadła mi Amelia. Wydała mi się spokojniejsza i najbardziej zrównoważona z całej trójki. Jej pasją jest wróżenie z kart i tym podobnych. Jej talent okazał się niezwykle przydatny przy przygodach Thei.

Mimo dość oklepanego tematu, obecnego w każdej książce z etykietą paranormal romance, „Strąconych” czytało mi się wyjątkowo przyjemnie. Początkowo spodziewałam się miłości jak z obrazka, zagrożenia wkradającego się w życie bohaterów, potem smutnej wiadomości, że związek jest niebezpieczny i wzdychania do siebie z daleka przez kolejne kilkaset stron. Na zakończenie oczywiście przełomowe wydarzenie i happy end, dziękujemy za uwagę. Byłam pozytywnie zaskoczona, gdy powieść chociaż trochę odbiegła od utartego schematu.

Klimat powieści mogłabym porównać do okładki (swoją drogą, bardzo ładnej). Wydawać by się mogło, że róże zwiastują spokój, ale co mam myśleć o dość niecodziennym, czarnym kolorze zdobiącym te kwiaty? To co było snem, nagle staje się jawą,  a Theia (razem z nią, niestety czytelnik) nie wie jak się w tym odnaleźć. Potworne szkielety, ghule i ludzie bez twarzy nawiedzające dziewczynę co noc nie ułatwiają tego. Autorka przedstawiła wszystko tak realistycznie, że nie raz miałam ciarki na plecach.

Szczyptę humoru Gwen Hayes wprowadziła w postaci Donny. Może niektórym wyda się ona papierowa i sztuczna, ale często rozśmieszały mnie jej riposty.

Warto byłoby wspomnieć o sposobie prowadzenia narracji. W gatunku paranormal romance najczęściej spotkamy się z narracją pierwszoosobową, także tutaj. Na szczęście akcja nie skupia się wyłącznie na Thei, autorka powplatała trochę uczuć Hadena (trzecioosobowa), dzięki czemu mamy nieco większy podgląd na całą sprawę. Pod koniec Haden przejmuje cały trud opowiedzenia nam historii (tutaj znowu pierwszoosobowa), ale przyznaję wolę Theię w roli narratora.

Nie mogę powiedzieć, że akcja pędzi w zawrotnym tempie, ale niedomówieniem roku byłoby stwierdzenie, że stoi. Wszystko zostało wyśrodkowane, chociaż nie można ukryć, pod koniec autorka nie zostawia nam dużo czasu na własne przemyślenia. Potrzeba skupienia, żeby za wszystkim nadążyć.

„Strąconych” można przeczytać, nie ze względu na piękną okładkę. Radziłabym zwrócić uwagę na dość nieprzeciętny język goszczący na kartach powieści. Polecam osobom chcącym lekkiej lektury na dwa wieczory. Nie spodoba się ona osobom szukającym odskoczni od istot paranormalnych, ale nie odczułam tutaj ‘przedawkowania’ tego tematu.

piątek, 6 stycznia 2012

"Spętani przez bogów" Josephine Angelini


Tytuł: "Spętani przez bogów"
Oryginalny tytuł: "Starcrossed"
Autor: Josephine Angelini
Data wydania: 2011
Wydawca: Amber












„Amerykański wydawca zapłacił ponad milion dolarów za prawa do publikacji jeszcze niedokończonej wówczas powieści i za dwie następne, nienapisane jeszcze książki w serii.
Równie entuzjastycznie zareagowali wydawcy w 21 krajach.”
(źródło WWW.wydawnictwoamber.pl)

Na wstępie muszę powiedzieć, że spodziewałam się mocno schematycznej powieści typu „Dziewczyna poznaje chłopaka, razem zabijają złego faceta”. Byłam więc pozytywnie zaskoczona, gdy otrzymałam coś zupełnie innego. Ostatnio w księgarniach zaczyna gościć nowy temat, a mianowicie mity greckie. Także „Spętani przez bogów” nawiązują do nich.

Helena Hamilton zawsze uważała, że jest inna. Pewnego dnia do małego wyspiarskiego miasteczka przybywają Delosowie. Wraz z ich przybyciem Helenę zaczynają dręczyć kobiety w bieli, płaczące krwawymi łzami. Co noc powracają koszmary, w których dziewczyna wędruje przez jałową krainę, a rano ma nogi całe w pyle i krwi. A i jeszcze na oczach całej szkoły próbuje zabić jednego z Delosów – Lucasa.

Tak mniej więcej można przedstawić o czym jest książka. Akcja kręci się też wkoło pochodzenia Heleny, jednak tego domyśliłam się już w połowie. Jedyne, co denerwowało to zbyt długie rozdziały.

Co mnie ucieszyło, bohaterowie są dosyć oryginalni. Mały wyjątek od tej zasady stanowi tylko Lucas, który oczywiście jest idealny. Helena jest całkiem niegłupia, potrafi odpyskować, ale nie potrafi sama się obronić. Ciągle ma za opiekuna jednego z Delosów. Zaskoczeniem dla mnie było to, że dziewczyna stała się moją  ulubioną postacią, chociaż to zwykle główna bohaterka jest najsłabszym ogniwem tego typu powieści. Wracając do Delosów, każdy z nich ma swój własny dar. Bliźniaki uzdrawiają, Hektor ma supersiłę, a Lucas potrafi latać i rozpoznaje kłamstwo. Sama Helena, jako jedna z Sukcesorów (potomków bogów) także ma własną, indywidualną cechę, ale jej nie zdradzę.

Ciekawym motywem było nawiązanie do „Iliady” oraz mitów greckich. Autorka zgrabnie wprowadza nas w wykreowany przez siebie świat. Wszystko pasuje do siebie jak puzzle.

Myślę, że „Spętani przez bogów” to powieść interesująca, trzymająca w napięciu. Warto ją przeczytać ze względu na wartką akcję, która porywa nas od samego początku. Polecam osobom lubiącym mitologię grecką, bo książka dużo się na nich opiera.