Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egmont. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egmont. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 czerwca 2014

Podróże w czasie odmładzają

Tytuł: Nieskończoność
Tytuł oryginału: Everlasting. Der Mann, der aus der Zeit fiel
Autor: Holly-Jane Rahlens
Tłumaczenie: Klingofer Anna
Seria: Poza czasem
Wydawca: Literacki Egmont
Data wydania: 6 listopada 2013
Liczba stron: 456

"Czytanie sprawia, że człowiek czuje się połączony z doświadczeniami innych i dzięki temu mniej dziwny".
Jest rok 2264. Mroczna Zima już minęła. Średnia długość życia to sto pięćdziesiąt lat. Większość prac wykonują roboty. Ludzie posługują się mózgołączem, które pozwala im na zapisywanie wspomnień w globalnej bazie danych. Zaimek osobowy „ja” wyszedł z użycia. W tym stechnokratyzowanym społeczeństwie miłość jest czymś niepożądanym. Finn Nordstrom, dwudziestosześcioletni historyk i tłumacz martwego języka niemieckiego zostaje poproszony o zbadanie tajemniczego znaleziska – dziennika dziewczyny z XXI wieku. Tymczasem w innej czasoprzestrzeni Eliana odwiedza ulubioną berlińską księgarnię. Spotka w niej przystojnego mężczyznę, który nie wie… do czego służy guma do żucia. Co połączy tych dwoje? Niezwykła opowieść o uczuciu rodzącym się wbrew rozumowi. [źródło: lubimyczytac.pl]

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Od sieroty do księcia

Fałszywy książę - Jennifer A. Nielsen
Źródło
Tytuł: Fałszywy książę
Oryginalny tytuł: The False Prince
Autor: Jennifer A. Nielsen
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Seria/ cykl wydawniczy: Trylogia Władzy #1
Wydawca: Egmont
Liczba stron: 392

"Żaden zdrowy na umyśle człowiek nie mógł wierzyć, że uda mu się w ciągu dwóch tygodni przemienić sierotę w księcia. I tylko szaleniec mógł sądzić, że ta sierota zdoła przekonać cały dwór, iż jest zaginionym przed laty królewskim synem".


W pewnej dalekiej krainie zanosi się na wojnę domową. Aby zjednoczyć podzielone królestwo, arystokrata Conner postanawia osadzić na tronie mistyfikatora, udającego zaginionego przed laty księcia. Zmusza do zabiegania o tę rolę czterech chłopców – do niedawna mieszkańców sierocińca. Jeden z nich, sprytny czternastoletni Sage, nie wierzy w uczciwe intencje Connera, ale dobrze wie, że zostanie fałszywym księciem to jego jedyna szansa na przeżycie. Konkurenci również się nie poddają. Okazuje się jednak, że Sage zdobywa innych sprzymierzeńców… Kolejne dni rywalizacji odsłaniają coraz to nowe oszustwa i tajemnice, aż w końcu na jaw wychodzi prawda, która okaże się bardziej niebezpieczna niż wszystkie kłamstwa razem wzięte. Kto wykaże się męstwem i wygra, a komu pisana jest porażka?

niedziela, 15 grudnia 2013

Powrót do CHERUBA

Czarny piątek - Robert Muchamore

Tytuł: Czarny Piątek

Oryginalny tytuł: Black Friday

Autor: Robert Muchamore

Tłumaczenie: Bartłomiej Ulatowski

Seria: CHERUB #15 [Aramow #3]

Wydawca: Literacki Egmont

Liczba stron: 368

Moja ocena: 8/10 [5/6]


„Życie jest twarde, ale CHERUB twardszy!” [s. 109]


Zawsze uważałam, że tak zwane tasiemce książkowe czyli serie zawierające po kilkanaście tomów to już lekka przesada. Czemu miałabym czytać coś bardzo podobnego przez na przykład piętnaście części? Chyba poczułabym się trochę znudzona… Dlatego też nie rozumiałam, jak moi znajomi mogli pędzić do księgarni po dwunasty tom Zwiadowców. Od razu mówię, że nie czytałam książek Flanagana, więc o nich nie będę się wypowiadać. Jednakże, sama zauważyłam dopiero niedawno z jaką chęcią połykam wciąż to nowe części CHERUBA. Czy to nie to samo? W sumie tak… A więc, co jest takiego przyciągającego w takich seriach, że czytelnicy wciąż czekają na kolejne przygody i wcale nie nudzi ich powtórka z tematu? Cóż, jak dla mnie jest to nieodgadnięty fenomen, ale chyba nie chcę się zagłębiać w szczegóły. Ważne, że czytanie sprawia przyjemność, a przecież tak naprawdę o to w tym wszystkim chodzi.

środa, 13 listopada 2013

Co byś zrobił, gdybyś trafił na nieodkryte wynalazki szalonego geniusza? ["Strych Tesli"]

Strych Tesli - Neal Shusterman
Tytuł: Strych Tesli
Oryginalny tytuł: Tesla's Attic
Autorzy: Neal Shusterman & Eric Elfman
Tłumaczenie: Janusz Maćczak
Seria: Stowarzyszenie Accelerati #1
Wydawca: Egmont
Wersja: ebook
Moja ocena: 5/6

Po śmierci matki, Nick wraz z ojcem i bratem przeprowadza się do starego, podupadającego domu w Colorado Springs. Sam dom nie wyróżnia się niczym szczególnym. Dopiero tytułowy strych jest początkiem przygody. Jak to z takimi starymi strychami bywa, walają się tam najróżniejsze, mniej lub bardziej potrzebne rupiecie. Szala przechyla się na stronę tych pierwszych, dlatego rodzina decyduje się sprzedać część dobytku poprzednich właścicieli. Nie wiedząc jeszcze o niezwykłych przedmiotach, w posiadaniu których znaleźli się przypadkiem, postanawiają urządzić garażową wyprzedaż – połączyć pozbycie się niechcianych gratów z zarobieniem pieniędzy. Niespodziewanie wyprzedaż spotyka się z większym odzewem niż spodziewał się Nick, do tego stopnia, że chłopak nie może sam się połapać jak wiele sprzedał i zarobił. Jeszcze ciekawie robi się, gdy pojawiają się smutni panowie w czarnych pastelowych garniturach i próbują odkupić od Nicka wyprzedane dopiero rzeczy. Czemu tak im na nich zależy? To właśnie zagadka, którą musi rozwiązać chłopiec.

"Pochmurno, z dziesięcioprocentowym prawdopodobieństwem śmierci".

środa, 8 maja 2013

Czerwony Kapturek w nowej odsłonie

Tytuł: Scarlet
Oryginalny tytuł: Scarlet
Autor: Marissa Meyer
Tłumaczenie: Dorota Konowrocka
Seria: Saga Księżycowa
#1 Cinder
#2 Scarlet
#3 Crees
#4 Winter
Wydawca: Literacki Egmont
Liczba stron: 494
Moja ocena: 9/10

Premiera: 8 maja 2013

Kiedy w październiku ubiegłego roku na rynek wydawniczy trafiła „Cinder” Marissy Meyer, od razu wpisałam ją na moją listę do przeczytania. Jednocześnie wysypało się mnóstwo bardzo pozytywnych recenzji, co wzbudziło moje podejrzenia. Postanowiłam przeczekać szum wywołany premierą i poczekać aż zainteresowanie nieco opadnie, żeby książkę ocenić obiektywnie. Stosowna okazja nadarzyła się teraz, co przypadkiem zbiegło się z premierą drugiej części Sagi Księżycowej, czego efekty będziecie mogli zobaczyć w tej recenzji.

„ – To ważna chwila w naszej relacji, nie sądzisz?
– Jeśli pod tym pojęciem rozumiesz pierwszą chwilę, w której nie mam ochoty cię udusić, to owszem, zgadzam się. – Cinder z powrotem opadła na podłogę. – A może po prostu jestem zbyt wyczerpana, by mieć ochotę na duszenie kogokolwiek.”

poniedziałek, 6 maja 2013

Metalowy pantofelek

Tytuł: Cinder
Oryginalny tytuł: Cinder
Autor: Marissa Meyer
Tłumaczenie: Dorota Konowrocka
Seria: Saga Księżycowa
#1 Cinder
#2 Scarlet
#3 Cress
#4 Winter
Wydawca: Literacki Egmont
Liczba stron: 437
Moja ocena: 10/10

Oryginalność w świecie książek to już niestety rzadkość. Bardzo ciężko jest już spotkać powieść odznaczającą się czymś szczególnym, gdyż księgarnianie półki już dawno zostały zajęte przez wszelkiego rodzaju paranormale. I jak tu znaleźć coś nowego, świeżego, jeśli niemalże wszystko już w tym temacie zostało powiedziane? Jednak mowa tutaj tylko i wyłącznie o powieściach, w których główną rolę mają wampiry, wilkołaki i inne łaki. Ale przecież fantastyka jest gatunkiem bardzo szerokim, chociaż także i tutaj trudno o coś oryginalnego, nieopartego na żadnych użytych wcześniej schematach. Marissie Meyer akurat się to udało i właśnie o tym dzisiaj opowiem.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Szpiegiem być...

Tytuł: Anioł Stróż
Oryginalny tytuł: Guardian Angel
Autor: Robert Muchamore
Seria: #14 CHERUB
Wydawca: Literacki Egmont
Liczba stron: 320
Moja ocena: 8/10

Data wydania: 17.04.2013

„Jak to się dzieje, że nigdy nie słyszymy o samolotach spadających z nieba, bo ktoś zapomniał wyłączyć komórki?” [s.234]

Wierząc stereotypom, wszystkie zgromadzone tu kobiety w dzieciństwie chciały zostać księżniczkami. Godzinami marzyły o własnym księciu na białym koniu, co chyba zostało im do tej pory. A chłopcy? Kiedy dziewczynki przymierzały sukienki i plastikowe korony, o czym wtedy marzyli chłopcy? Przyznam się szczerze, o tej drugiej stronie mocy nie mam bladego pojęcia, jednak strzelając tak na ślepo, mogę domniemywać, że chłopcy marzyli o… zostaniu szpiegiem. I wiecie co? Po lekturze kolejnej części CHERUBA zazdroszczę im, bo od teraz zawód szpiega prezentuje mi się coraz bardziej atrakcyjnie.

wtorek, 12 marca 2013

Witajcie w naszej bajce

Tytuł: Królestwo łabędzi
Oryginalny tytuł: The Swan Kingdom
Autor: Zoe Marriott
Tłumaczenie: Monika Walendowska
Seria: Poza czasem
Cienie na księżycu [RECENZJA]
Magiczna gondola [RECENZJA]
Wydawca: Literacki Egmont
Liczba stron: 258
Moja ocena: 8/10

Lubisz baśnie? Nawet nie próbuj udawać, że jesteś na nie za stary. Nikt nie może być. Pamiętasz, jak mama czytała ci baśnie przed snem? Mimo, ze przecież już od dawna znałeś je na pamięć, słuchanie nie nudziło cię, uspokajało. Wtedy to było naturalne, niestety teraz wielu dorosłych próbuje ukryć swoje wewnętrzne dziecko. Ale dlaczego? Przecież czasami warto się odstresować, poczuć przez chwilę tak, jakbyś sam znalazł się nagle w takiej baśni. Nawet nie musisz mieć wtedy wybujałej wyobraźni – wystarczy książka. Na przykład „Królestwo łabędzi”…

„ – Ciekaw jestem, co znajduje się za morzem. (…) Czy wszystko kończy się właśnie tam, gdzie zachodzi słońce? Czy są tam jeszcze inne lądy, inni ludzie?
- Moja matka mówiła mi, że ptaki, dzikie gęsi i łabędzie odlatują za wielką wodę, kiedy zbliża się zima i wracają wiosną. (…) Musi coś być tam, gdzie zachodzi słońce. Miejsce, w którym dzikie łabędzie chronią się przed mrozem.” [s. 113]

poniedziałek, 11 lutego 2013

Na zgliszczach cywilizacji

Tytuł: Nowa Ziemia
Oryginalny tytuł: Pure
Autor: Julianna Baggott
Tłumaczenie: Janusz Maćczak
Seria: Świat po Wybuchu:
1# Nowa Ziemia
2# Nowy Przywódca
3#  Burn
Wydawca: Literacki Egmont
Liczba stron: 469
Moja ocena: 9/10

Kilka tygodni temu natrafiłem na rzeczy mojej matki – oznajmił. – Poczułem się, jakbym odkrył świat całkiem odmienny od tego, o którym mnie uczono. Jej rzeczy… one wciąż istniały. Trudno to wytłumaczyć… A teraz, kiedy znalazłem się tutaj, pojmuję, że to brzydota czyni piękne rzeczy pięknymi.” [s. 151]

Podobno wszyscy ludzie są równi. Każdy z nas w obliczu prawa jest taki sam, ma takie same przywileje i obowiązki. Ale czy nie jest to kłamliwy pogląd? Wystarczy wyjść na ulicę, rozejrzeć się, zauważyć różnice pomiędzy ludźmi. Zobacz, temu powodzi się dobrze – ma na sobie drogi garnitur. A po drugiej strony ulicy idzie młoda kobieta. Nie ma na sobie markowej sukienki – automatycznie wydaje się gorsza od tamtego mężczyzny. W ten sposób możesz sklasyfikować każdego, „zaszufladkować go”. Tak, więc, równość jest złudzeniem, a jeszcze dobitniej widać to w „nowej Ziemi” Julianny Baggott. Tam przecież tylko nieliczni zasługują na życie…

niedziela, 18 listopada 2012

Oficjalnie, nieletni agenci nie istnieją

Tytuł: CHERUB. Republika
Oryginalny tytuł: People's Republic
Autor: Robert Muchamore
Tłumaczenie: Bartłomiej Ulatowski
Seria: CHERUB #13
Wydawca: Literacki Egmont
Liczba stron: 391
Moja ocena: 7/10

„Rzeczywistość bywa złośliwa”[s. 336]
Dzieci są niewinne, nie wzbudzają podejrzeń. Wejdą w każdą dziurę, prześlizgną się pod czujnym okiem każdego ochroniarza. Przecież to tylko dziecko. W sumie, to jedynym ich ograniczeniem jest wiek, wraz z nim zdobywa się przecież nowe uprawnienia. Ale to także ich największa zaleta – przecież dorośli nie patrzą na dwunastolatka tak podejrzliwie. Dlatego powstał CHERUB, tajna organizacja zatrudniająca agentów w wieku od 10 do 17 lat. Jednak pojawiłby się nie lada problem, gdyby istnienie tej grupy wyszło na jaw. To wszystko sprawia, ze oficjalnie nieletni agenci nie istnieją.

Ryan jest jednym z najnowszych nabytków CHERUBA. Ma dwanaście lat, właśnie przeszedł szkolenie podstawowe i jest zielony jak wiosenna trawa. Nareszcie dostał swoją pierwszą misję – ma zaprzyjaźnić się z Ethanem Aramowem, rozpieszczonym bogatym dzieciakiem z Kalifornii, który przypadkiem jest także wnukiem przywódczyni azjatyckiego imperium przestępczego.
W tej części obserwujemy też losy innej bohaterki, młodej Chinki Ning, której ojciec okazuje się handlarzem żywym towarem. Gdy dziewczyna próbuje uciec z matką do Anglii na jej drodze staje wiele przeciwności. Jak potoczą się jej losy?

Seria CHERUB może i nie jest w Polsce za bardzo znana, ale te trzynaście tomów, które wyszły do tej pory, zdołały przysporzyć Robertowi Muchomorowi wielu nowych fanów. Do których od dzisiaj zaliczam się także i ja. Dlaczego? O tym za chwilę.

Miałam pewne obawy, sięgając po trzynasty z kolei tom serii. Mianowicie, nie chciałam pogubić się w fabule z tak prostego powodu, iż części poprzednich po prostu nie czytałam. Na szczęście, poszczególne tomy nie są ze sobą powiązane, a każdy z nich jest odrębną całość, które łączy jedynie wspólny temat – nastoletni agenci. Dodatkowo, na początku umieszczona została krótka informacja, wprowadzająca w klimat książki. Znajdziemy tam tak podstawowe informacje, które informują o tak ważnych rzeczach jak, chociażby, czym jest CHERUB, czy jaki kolor koszulki noszą osoby o poszczególnych uprawnieniach.

„- Nie, nie ma zagrożenia terrorystycznego! – krzyknęła. -  A przy sprawności, z jaką działacie, to nawet dobrze się składa!” [s. 302]

Nasi główni bohaterowie są, jacy są, w sumie nic specjalnego. Potrafią czasami powiedzieć coś mądrego, czy zabawnego, ale nie poczułam z nimi więzi. Są to po prostu postacie, które towarzyszą nam podczas czytania książki, ale niestety, później już nie. Zaraz po zamknięciu książki ich charaktery ulatniają się, a ja pamiętam tylko bezosobowe imiona. Mimo tego, uwagę przykuwa postać Ning – może i nie jest to kreacja bohatera, która zapiera dech w piersi, ale miło czytało mi się fragmenty poświęcone właśnie jej.  A to ze względu na nieprzeciętne umiejętności znacznie wykraczające poza stereotyp grzecznej dziewczynki. Takimi samymi epitetami nie obarczę niestety Ryana. Jako postać jest nawet sympatyczny i całkiem niegłupi, ale to wciąż nic specjalnego. Takich postaci jest przecież na pęczki w wielu książkach dla młodzieży.

Tego samego, co o bohaterach nie mogę jednak powiedzieć o fabule. Tutaj jest ona nawet interesująca, dzięki czemu „Republikę” czyta się zaciekawieniem o dalsze wydarzenia. Wpływają na to przede wszystkim pierwsze rozdziały, czyli czas, w którym jeszcze dokładnie nie wiemy, o co w „Republice” chodzi. Dalej jest niestety nieco gorzej, książka zaczyna robić się przewidywalna. Nadal jednak miałam ochotę czytać, co sprawiło, ze książkę miałam za sobą już po niespełna tygodniu. Zawdzięczam to także niebanalnemu pomysłowi na książkę. Sama przyznam, że nie wpadłabym na coś takiego. Chyba wciąż jeszcze nie wyrosłam z okresu, kiedy moją ulubioną kreskówką były Odlotowe Agentki i chciałam zostać szpiegiem. Jednak rzeczywistość „Republiki” jest zupełnie inna, młodzi agenci dopuszczają się wielu przewinień, a przez kartki nierzadko prześwituje brutalność. Najbardziej uderzyło mnie chyba poruszenie tematu handlu kobietami na potrzeby seksbiznesu, a jednocześnie był ty tylko zalążek z tego, co umieścił w książce Robert Muchamore.

Podsumowując, „Republika” nie jest może mistrzostwem w swoim gatunku, jednak z pewnością będzie plasowała się w czołówce ulubionych książek osób niewymagających. Tak jak głosi napis na okładce z tyłu, trzynasty tom CHERUBA nie jest polecany dla osób poniżej dwunastego roku życia, z czy raczej się zgadzam – a to przez dużo brutalności, wokół której często kręci się akcja. Kreacja bohaterów też może nie jest mistrzostwem, wszystkie niedociągnięcia neutralizuje niebanalna i wciągająca fabuła, dzięki której „Republikę” czyta się bardzo szybko, a sama lektura stanowi skuteczną odskocznię od poważniejszych książek.

**********************************************
Przypominam o konkursie!


poniedziałek, 1 października 2012

Na pokładzie czerwonej gondoli

Tytuł: Magiczna gondola
Oryginalny tytuł: Zeiten Zauber. Die Magische Gondel
Autor: Eva Voller
Tłumaczenie: Agata Janiszewska
Wydawca: Egmont
Liczba stron: 464
Moja ocena: 7/10


NA POKŁADZIE CZERWONEJ GONDOLI

Co kojarzy Ci się z Wenecją? Zapewne na myśl przychodzą Ci przepiękne gondole, uroczy gondolierzy i znany na całym świecie weneckie bale maskowe. Piękny obrazek, prawda? A teraz wyobraź sobie to bajeczne miasto w 1499 roku...

Siedemnastoletnia Anna spędza wakacje w Wenecji. Podczas parady regata storica jej uwagę przykuwa czerwona gondola. Zaraz, czy wszystkie weneckie gondole nie są czarne? Dziewczyna nie zdąży się nad tym zastanowić, bo ktoś wpycha ją do wody. Na szczęście przystojny młodzieniec w porę wyciąga Annę na pokład czerwonej gondoli. Jednak zanim niedoszła topielica zdąży mu podziękować, świat rozmywa się jej przed oczami...
Nagle dziewczyna pojawia się w 1499 roku, w zupełnie nieznanej sobie weneckiej rzeczywistości. Ale nic nie dzieje się bez przyczyny, o czym przyjdzie się jej niedługo przekonać... Jakie zadanie ma do wykonania Anna w renesansowej Wenecji?

"-Jak masz na imię, dziewczyno? (...)
-Nazywam się Hannah Montana.
-A gdzie mieszkasz?
-Przy kanale Disneya."

Pierwsze, co zwraca na siebie uwagę to to, że książka wciąga już od pierwszych stron. Eva Voller oszczędziła czytelnikom przydługiego wstępu, dzięki czemu już natychmiast jesteśmy wciągani w wir wydarzeń. I to nie byle jakich! Trzeba jej przyznać, autorka miała dobry pomysł na swoją książkę. Mimo, ze temat podróży w czasie był już wielokrotnie poruszany w innych powieściach, to „Magiczna gondola” nie zawiera powtarzających się schematów i zaskakuje niebanalnymi pomysłami.

Najbardziej zaciekawiło mnie, że autorka miała swój własny pomysł na podróże w czasie. O ile w „Trylogii Czasu”, bohaterka przeskakiwała z epoki w epokę, to Anna raczej cały czas siedzi w 1499 roku. Z początku myślałam, że będzie to raczej nudne, jednak już po chwili wrażenie było zupełnie inne. Oprócz skomplikowanych intryg, miejsce znalazło się również na opisy Wenecji od strony zarówno kulturowej, jak i życia codziennego. Z wychodkami i śmiertelnymi zadraśnięciami włącznie. Nie zabrakło także wątków wymyślonych od początku do końca przez autorkę. Do takich mogę zaliczyć chociażby blokadę nazywaną przez Annę „intergalaktycznym translatorem”. Dzięki temu bohaterowie nie musieli martwić się, że „chlapną” coś, co może zmienić lub całkowicie zrujnować przyszłość.  Blokada po prostu zamieniała niektóre słowa na bardziej bezpieczne ( i przy okazji zabawne dla nas) wyrażenia:

"-Gino, jesteś spoko koleś! - Wyszło z tego "jesteś doskonałym towarzyszem", ale nie chciałam się czepiać drobiazgów."

Dodatkowo, czytanie ułatwiał fakt zastosowania lekkiego, młodzieżowego języka. Nieco bałam się, że będzie on zbyt prostacki czy ordynarny, ale jak się później okazało, obawiałam się zupełnie bezpodstawnie. Dobrze dobrane słowa układają się w zrozumianą całość, co zawdzięczamy pracy tłumacza. Dzięki temu wszystkiemu, „Magiczną gondolę” wręcz spija się z kartek i czyni z czytania niesamowitą przyjemność.

Jedynym, co przeszkadzało mi w odbiorze książki, to zbyt szybkie rozwinięcie wątku miłosnego. Oczywiście rozumiem, że niby do zakochania tylko jeden krok, jednak autorka chyba troszeczkę przesadziła. Zwłaszcza, że zanim nastąpiło kulminacyjne „kocham cię”, Anna rozmawiała z Sebastianem tylko kilka razy. Temat tych rozmów też nie pobudzał uczuć, dotyczył jedynie powrotu do właściwych czasów. To wszystko sprawiało wrażenie niedopracowania, przez co ten wątek wydawał się raczej płytki. Jak dla mnie, mogłoby go nie być, a „Magiczna gondola” nie straciłaby na swoim uroku.

Jestem pewna, ze czas spędzony z tą książką w żadnym wypadku nie był stracony. „Magiczna gondola” ma zdecydowanie więcej plusów, niż minusów, sprawiając, że czytanie idzie płynnie i przede wszystkim przyjemnie. Przeciwników wieloczęściowych cykli zapewne ucieszy fakt, ze cała historia zamknięta została w jednym tomie, a autorka na razie nie przewiduje żadnych kontynuacji. Chociaż teraz, po dłuższym zastanowieniu, myślę, że bardzo chętnie spędziłabym jeszcze trochę z Anną w bajecznej Wenecji.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Dziewczyna o wielu imionach

Tytuł: "Cienie na Księżycu"
Oryginalny tytuł: "Shadows on the Moon"
Autor: Zoe Marriott
Tłumaczenie: Monika Walendowska
Wydawca: Egmont
Liczba stron: 448
Moja ocena: 7/10

„Miłość nadciąga jak burzowe chmury, ucieka przed wiatrem i rzuca cienie na Księżyc.” [s. 5]

Czy znacie bajkę o Kopciuszku? Oczywiście, że tak. Chyba nie ma osoby, która w dzieciństwie nie czytała tej przesyconej magią opowieści. Mnie przeszkadzała tylko jedna rzecz: bohaterka nie potrafiła postawić się złej macosze i żyć po swojemu. W takim razie, co by było, gdyby Kopciuszek wzięła sprawy w swoje ręce? Wtedy powstałyby „Cienie na Księżycu”.

„Nie oglądaj się za siebie.” [s. 193]

Kilkunastoletnia Suzume dowiaduje się, że jej ojczym stoi za śmiercią jej ojca. Postanawia się zemścić. Dzięki niedawno odkrytym umiejętnościom magicznym ukrywa się w kuchni pałacu ojczyma, później ucieka na ulice miasta i wydostaje się z więzienia. Aż w końcu znajduje sposób na pomszczenie ojca. Wie, że musi zdobyć względy Księżycowego Księcia. Ale nawet, jeżeli potrafi ukryć się przed oczami innych ludzi, to serce jest bardziej przenikliwe...

„Jesteśmy ludźmi pokoju i czujemy odrazę do zabijania, ale mamy bogate ziemie i musimy umieć ich bronić. Nasi synowie i córki walczą i polują, i szanujemy ich za to. Ale nie dlatego, ze wiemy, co znoszą, aby wypełnić swoje obowiązki. Zabić znaczy tyle co zniszczyć, a zniszczenie niesie ze sobą rozpacz.” [s. 162]

Opisanie historii Suzume zajęło Zoe Marriott ponad półtora roku. Większość tego czasu z pewnością autorka spędziła na zbieraniu informacji na temat Japonii. I okazuje się, że ten czas został spożytkowany, bo na kartach „Cieni na Księżycu” czuje się atmosferę Japonii. Nie sposób nie zwrócić uwagi na zarysowanie obowiązków służby, jak i całej drabiny feudalnej społeczeństwa. Na klimat wpływają także wielobarwne kimona, ozdobne spinki wpinane we włosy przez kobiety, czy ceremonie picia herbaty. Dzięki tym z pozoru nikłym szczegółom, Zoe Marriott stworzyła niezwykłą opowieść osadzoną w Japonii.

Tak a propos słowniczka, chyba jednak wolę, jeśli przypisy są umieszczone pod tekstem, na dole strony. Za każdym razem, gdy pojawiało się nieznane określenie, musiałam przekopywać się na sam koniec książki i szukać tam „swojego wyrazu”. Zwłaszcza na początku, kiedy tych wyrazów autorka umieściła najwięcej, stawało się to bardzo irytujące.

„Jeśli teraz mogłabyś coś zrobić, coś zmienić, Yue? Co by to było? Nie myślę o rzeczach niemożliwych. Myślę o czymś, co można sobie wypracować i zdobyć tylko dzięki sobie. Czy jest coś, czego byś chciała?” [s. 263]

Autorka powiedziała kiedyś, że chciała stworzyć takiego Kopciuszka, który nie byłby bezbronny. W pewnym sensie jej się to udało, Suzume jest tkaczką cieni. Oznacza to mniej więcej tyle, że może nakładać na siebie iluzje, sprawiać, że w oczach ludzi wygląda jak chce. Nieco nie spodobał mi się moment, którym Suzume dowiaduje się o swoich umiejętnościach. Zoe go bardzo spłaszczyła, przez co dziewczyna wydaje się w tym momencie niesamowicie płytka i kompletnie nie zainteresowana. Bardzo skupia się za to na smutku i ukrywaniu swojej żałoby, co za często prowadziło ją do samookaleczeń, czyli zrobiło z naszej Suzume coś na kształt emo. Nijak mi to pasowało, doskwierał mi także fakt, ze autorka przedstawiła to w sposób najzupełniej naturalny. Zero potępienia, Suzume martwiła się tylko, czy uda jej się dostatecznie ukryć blizny.
Pozostałe postacie są raczej epizodyczne, więc Marriott nie poświeciła im dużo uwagi.

„Czasami ludzie, choć wcale tego nie chcą, ranią się nawzajem. Tylko dlatego, ze są tacy, jacy są, dlatego, ze żyją.” [s. 297]

Narracja pierwszoosobowa zarabia sobie na solidny plus. Dzięki niej szczegółowo możemy poznać główną bohaterkę i przeżyć z nią wszystko, począwszy od wizyty żołnierzy w domu rodzinnym. Wraz z biegiem wydarzeń jej spojrzenie na świat wyostrza się, Suzume nie jest już rozpieszczoną dziewczynką, ale musi uczyć się o siebie zadbać. Autorka popisała się szczególnie w sferze uczuć’ te przedstawiła dokładnie, zarazem nie przytłaczając czytelnika natłokiem uczuć Suzume.

Na koniec przyznam, że spodziewałam się chyba czegoś innego, ale Cienie na Księżycu” wciąż są lekturą godną przeczytania. Mimo tego, że historia miłosna zdawała się być płytka i naciągana, to pozostałe aspekty to reasumują, dzięki czemu książkę czyta się przyjemnie. Nie nazwę tego dziełem wybitnym, ale nie sposób nie zwrócić uwagi na ogrom pracy, jaki autorka włożyła w powstanie powieści, co korzystnie odbiło się na całokształcie.

wtorek, 10 kwietnia 2012

"Zieleń szmaragdu" Kerstin Gier

Tytuł: "Zieleń szmaragdu"
Oryginalny tytuł: "Smaragdgrün. Liebe geht durch alle Zeiten"
Autor: Kerstin Gier
Tłumaczenie: Agata Janiszewska
Seria: Trylogia Czasu #3
Wydawca: Egmont
Liczba stron: 449
Moja ocena: 10/10

„Właściwie to dziwne, że złamane serce w ogóle może jeszcze bić.”

„Choć w teraźniejszości to, co przeszłe, już się wydarzyło, należy zachować wszelką ostrożność, aby nie zagrozić teraźniejszości przeszłością, jak to się obecnie dzieje.”

„Której części zdania ‘po prostu się zamknij’ nie rozumiesz?”

Po fenomenalnej „Czerwieni rubinu” i równie dobrym „Błękicie szafiru” nadszedł czas na „Zieleń szmaragdu! Po tak wspaniałych poprzedniczkach, nie da się ukryć, moje oczekiwania co do zwieńczenia Trylogii Czasu były ogromne, dlatego też niezmiernie mnie cieszy, że Kerstin Gier podołała zadaniu, a ja nie jestem ani trochę zawiedziona. Nawet zastanawiam się, czy „Zieleń...” nie jest najlepszą częścią historii o Gwendolyn.

W poprzednim tomie pożegnaliśmy Gwen w dosyć nieprzyjemnym momencie, już i tak pełnym problemów, a w tomie ostatnim, gdzie wszystko powinno zostać wyjaśnione, autorka wcale nie ma ochoty dziewczynie choć trochę odpuścić i zsyła na jej głowę masę nowych kłopotów.
 Zastanawialiście się kiedyś, co robi dziewczyna ze złamanym sercem? Zapewne gada przez telefon z przyjaciółką, pochłaniając czekoladę w ilościach wskazujących na przedawkowanie. Gwenny może i by się tak zachowywała, gdyby nie była podróżniczką w czasie. Dlatego Gwen musi się czasami poświęcić i jednak zapomnieć o swoich rozterkach, na przykład po to, żeby przeżyć. Intrygi z przeszłości dają o sobie znać, a także hrabia de Saint Germain jest coraz bliżej swojego celu. I czy Lucy i Paul mieli rację, kradnąc chronograf?

Nadal nie mogę uwierzyć, że akcja całej Trylogii Czasu ma miejsce na przestrzeni zaledwie kilku tygodni. Świadczy to o tym, że Kerstin Gier ma niesamowity dar opowiadania, a także wymyślania historii, bo także w „Zieleni szmaragdu” wydarzenia ani przez chwilę nie stoją w miejscu. Nie mamy nawet chwili wytchnienia. Nie chciałabym zdradzać zbyt wiele z fabuły, ale wszystkich fanów trylogii mogę zapewnić, że tom trzeci jest równie zaskakujący jak pozostałe, Gideon wciąż taki przystojny, a poczucie humoru Gwendolyn i Xemeriusa nadal tak samo rozbrajające.

Także kreowanie postaci, tak, aby były oryginalne i pełne wyjątkowej osobowości, nie sprawia autorce większego problemu. Idealnym przykładem takiej osóbki jest sama główna bohaterka, Gwendolyn. Zdążyłam się już przyzwyczaić do nudnych amerykańskich nastolatek zupełnie wypranych z emocji, dlatego, gdy poznałam Gwen byłam zaskoczona jej błyskotliwością i trafnym poczuciem humoru. Gwenny zaskarbiła sobie moją sympatię już od pierwszej strony, będą po prostu sobą, czyli przyjazną, rozchichotaną osóbką, którą niestety łatwa zranić...
Xemeriusa polubiłam równie mocno, mimo że pojawił się dopiero w drugiej części. To nic, że miał nieco mniej czasu, jeśli potrafi strzelać tak ciętymi ripostami, czy komentować wszystko na swój własny sposób. Dlatego właśnie Xemerius zostaje moim własnym ideałem demona. A, i jeszcze jedno, niech Gwenny kupi mu wreszcie tego kota...

Ostatnia część pełna jest niesamowitego humoru serwowanego nie tylko przez Xemeriusa, ale także przez narrację umiejętnie prowadzoną przez Gwendolyn. Chyba po raz pierwszy nie zastanawiałam się podczas czytania czy może trzecioosobowy sposób przekazywania wydarzeń nie byłby lepszy. Myślę, że Gwenny przekazuje wszystko należycie i przejrzyście, nie szczędząc przy tym humoru i zabawnych komentarzy, nawet, gdy jest na granicy płaczu i najchętniej zamknęłaby się sama. Dlatego też „Zieleń szmaragdu” to skarbnica motywujących cytatów, oferująca zapas dobrego samopoczucia.

Trylogia Czasu jest serią wartą uwagi, a tom trzeci uważam za jej godne zwieńczenie. „Zieleń szmaragdu” utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że to jeden z najlepszych cyklów, jakie miałam okazję czytać do tej pory, prześcigając nawet Dary Anioła, które darzę przecież wielką sympatią. Trylogię autorstwa Kerstin Gier podsunęłabym pewnie osobom, które na co dzień czytać nie lubią, a przy tak znakomitych książkach na pewno zmieniliby oni nastawienie. Dlatego też, serię mogę bez obaw polecić każdemu, niezależnie od wieku i upodobań, bo nie mam wątpliwości, że przygody Gwendolyn porwą każdego, kto tylko będzie chciał sięgną po tom pierwszy.


Na Trylogię Czasu składają się:
1. "Czerwień rubinu" ----> RECENZJA
2. "Błękit szafiru" ----> RECENZJA
3. "Zieleń szmaragdu"


środa, 14 marca 2012

"Błękit szafiru" Kerstin Gier

 
Tytuł: "Błękit szafiru"
Oryginalny tytuł: "Shaphirblau. Liebe geht durch alle Zeiten"
Autor: Kerstin Gier 
Tłumaczenie:Agata Janiszewska
Seria: Trylogia Czasu #2
Wydawca: Egmont
Liczba stron: 358
Moja ocena: 9/10

„Nawiasem mówiąc,, z tym twoim talentem to prawda. Masz spor talent do pakowania się w kłopoty.”

„Nie ufaj nikomu i niczemu. Nawet własnym uczuciom.”

Pierwszą część szeroko znanej „Trylogii Czasu” miałam okazję poznać dopiero w tegoroczne ferie, czyli dosyć późno, zważając na datę wydania. Ale dobra, nieważne, lepiej późno niż wcale. Powieść o podróżach w czasie niezwykle przypadła mi do gustu, więc oczywiście chciałam zapoznać się z kontynuacją przygód Gwendolyn. Spotkałam się wiele razy z opinią, że to druga część serii jest zawsze najgorsza. Czy ten stereotyp odnajduje się w „Błękicie Szafiru”?

Gwendolyn i Gideon wracają z początku XX wieku. Na nieszczęście, zdobyte informacje wywołały jeszcze większy zamęt w głowie dziewczyny. Kto tak naprawdę jest ‘tym złym’? Czy Strażnicy, mają rację,  obwiniając za wszystko Paula i Lucy? A może to hrabia de Saint Germain nie chce wyjawić wszystkiego? Tylko Gwendolyn ma co do tego wątpliwości, a nikt nadal nie wtajemnicza jej w sprawy Strażników.  Dodatkowo, nadal wszyscy uważają ją za zdrajczynię, przez co nawet do pomieszczenia z chronografem prowadzona jest z zawiązanymi oczami. Jak Gwendolyn odnajdzie się w tylu niewiadomych? I czy uczucia Gideona są prawdziwe?

Akcja „Czerwieni rubinu” trwa zaledwie kilka dni, nasuwa się więc przypuszczenie, że bohaterowie zwyczajnie nie zdążyli się zmienić. A ja jednak się przyczepię (w dobrym tego słowa znaczeniu) i powiem, że Gwendolyn wydoroślała. Nie spotkałam się już z tak licznymi porównaniami do filmów, aktorek, aktorów. Za to nadal jest niesamowicie zazdrosna o swoją kuzynkę Charlottę. W tym akurat przyznaję jej rację – jest to wredna ruda miotła, jak ładnie to Gwen ujęła. Nie traktuję tego jako minus – wręcz przeciwnie, umieszczenie tej postaci w książce wydaje się być całkiem dobrym pomysłem.
Autorka nie zanudza nas ciągle starymi bohaterami. W poczet znajomych Gwendolyn wkracza między innymi Xemerius – mały, przyjazny duch gargulca, którego może zauważyć dzięki swojemu darowi jedynie Gwen. Nawet do teraz, po kilku dniach od przeczytania, szczególnie miło wspominam jego wykonanie Friends will be friends z ogórkiem w roli głównej. Nie da się ukryć, ta postać wnosi do książki bardzo dużo humoru, ale nie tylko. Chyba każdemu (a zwłaszcza Gwendolyn)  przyda się czasami potrafiący przełazić przez ściany szpieg.
Ostatnio zauważyłam dziwny powiązanie. Im bardziej facet jest arogancki i uważa się za lepszego, zyskuje tym więcej fanek. Do dziś mnie zastanawia, jak to się dzieje. Taka postawa powinna przecież odpychać, a działanie jest wręcz odwrotne.  Ale zostawmy już Gideona, przejdźmy do czegoś innego.

Na początek, warto byłoby wspomnieć. Że „Błękit szafiru” jest dosłowną kontynuacją wydarzeń opisanych w pierwszym tomie. Akcja drugiej części rozpoczyna się w tym samym momencie, w którym pożegnaliśmy się z Gwen i Gideonem. Przyznam, jest to niezwykle wygodne. Nie mamy problemu ze znalezieniem się w akcji, która wciąga już od pierwszej strony.  Na dodatek, uważam, że autorka ma niezwykły dar opowiadania historii. Prze całe 358 stron nie spotkałam się z żadnym zastojem. Akcja wciąż pędzi, rozkłada się równomiernie, a każda strona aż kipi akcją. Często spotykane opisy nigdy nie nużyły i pozwalały wyobrazić sobie miejsca zarówno z teraźniejszości, jak i przeszłości.„Czerwień rubinu” pozostawiła po sobie wiele pytań, na które spodziewałam się odpowiedzi. Nie otrzymałam ich tak od razu,  z niektórymi autorka nadal trzyma mnie w niepewności, jestem więc bardzo zadowolona, że trzeci tom trylogii mam w zasięgu ręki.

Bardzo zazdroszczę Gwendolyn umiejętności przenoszenia się w czasie. Ile bym dała, żeby tak jak ona, móc zobaczyć wystawne soirée lub poznać swoich przodków. Chętnie zakupiłabym taki swój własny chronograf, by bez przeszkód przeskakiwać między epokami. A to tylko przedsmak tego, co Kerstin Gier zaserwowała nam w tym temacie.

Na uwagę zasługują umiejętnie wplecione przepowiednie, których wyjaśnienia spodziewam się dopiero w ostatnim tomie. Póki co, przyjemność sprawiało mi dochodzenie o co w nich chodzi. Oczywiście, czegoś się domyślam, ale znając autorkę, jeszcze mnie czymś zaskoczy.
Przepowiednie nie są jedynym wplatanym elementem. Na początku (albo na końcu?) rozdziałów znajdują się fragmenty Kronik Strażników dające większy wgląd na wydarzenia z przeszłości.

Podsumowując, ”Błękit szafiru” niej jest gorszy od swojej poprzedniczki, jeśli nie lepszy. Całość wciąż czyta się szybko i przyjemnie, Jestem pewna, że gdyby nie szkoła i inne obowiązki, pochłonęłabym drugi tom Trylogii Czasu  w zaledwie kilka godzin. Oczywiście, nie mówię, że książka mi się dłużyła – wręcz przeciwnie. Każdą stronę przewracałam z rosnącym zainteresowaniem kolejnych wydarzeń. Cała szczęście, ostatni już tom tej serii mam pod ręką, jedynie terminy biblioteczne powstrzymują mnie od kolejnego zanurzenia w świecie przygód Gwendolyn. Komu polecam: na pewno fanom Trylogii Czasu i twórczości Kerstin Gier ,a tym, którzy jeszcze nie znają Gwendolyn, zalecam sięgnięcie po pierwszy tom.




Seria "Trylogia czasu"
1. "Czerwień rubinu"
2. "Błękit szafiru"
3. "Zieleń szmaragdu"

poniedziałek, 16 stycznia 2012

"Czerwień rubinu" Kerstin Gier

Tytuł: "Czerwień rubinu"
Oryginalny tytuł: "Rubinrot"
Autor: Kerstin Gier
Tłumaczenie: Agata Janiszewska
Wydawca: Egmont
Ilość stron: 244
Seria: "Trylogia Czasu" część 1











„Rubin to początek, lecz i zakończenie.”
„Czerwień rubinu” autorstwa Kerstin Gier zbiera w Internecie bardzo wysokie noty. Miałam, więc dosyć duże oczekiwania, co do tej książki.
Gwendolyn ma szesnaście lat i oddaną przyjaciółkę Leslie. Wszyscy myślą, że to jej kuzynka Charlotta obdarzona jest genem podróży w czasie. Z dnia na dzień okazuje się, że Izaak Newton pomylił się przy wyznaczaniu daty urodzin ostatniego podróżnika w czasie – rubinu – i jego posiadaczką nie jest Charlotta jak wszyscy chcieli, tylko Gwendolyn. W tym, problem, że ona nie została do tego odpowiednio przygotowana. Gdy główna bohaterka była po prostu dzieckiem, jej kuzynka odbywała lekcje fechtunku, uczyła się jazdy konnej. Gideon – drugi podróżnik w czasie – nie jest zadowolony z tej zamiany. Najchętniej sam dokończyłby misję, jedna nie uda mu się to bez Gwendolyn.
Bohaterowie w „Czerwieni rubinu” są wyjątkowo oryginalni. Spodziewałam się mocno schematycznych postaci typu niezdarna Gwendolyn i idealnego pod każdym względem Gideona. Na szczęście zostałam pozytywnie zaskoczona. Główna bohaterka, która jest często najsłabszym ogniwem powieści dla młodzieży, potrafi odparować, a nawet zdarzyło jej się uratować życie nadętemu z początku Gideonowi. Sam chłopak uważa się za ważniejszego od Gwen, pod koniec to wyrównuje się.  Ważną postać stanowi jeszcze Leslie – przyjaciółka Gwenny. Staje się ona bardzo pomocna, gdyż wyszukuje informacje o przeszłości, by podróżnikom nic nie groziło. Ważną rolę odgrywa także James – szkolny duch. Warto dodać, że widzi i może z nim rozmawiać tylko Gwendolyn. Podróżniczka nie potrafi nic, co mogłoby się jej przydać. Duch pomoże jej nauczyć się sztuki fechtunku i manier obowiązujących w jego czasach. Zabawne, nie przyjmuje do wiadomości, że nie żyje od początku XVII wieku.
Jak to zwykle bywa, podróżników w czasie zaczyna łączyć coś więcej, jednak nie traktuje tego, jako minus. Wątek miłosny nie pojawia się na pierwszym planie. To tylko dodatek, a akcja głównie kręci się koło misji.
Ciekawym aspektem jest samo podróżowanie w czasie. Jeszcze się z tym nie spotkałam, więc brawa dla pani Gier za oryginalność. Boheterowie muszą pobrać od każdego z dwunastu posiadaczy genu próbkę krwi, by wypełnić nim chronograf – urządzenie pomagające przenosić się do odpowiednich czasów. Zadanie byłoby już prawie wykonane, gdyby nie kradzież sprzed kilku lat. Legenda głosi, że po zamknięciu Kręgu Dwunastu zostanie odkryta tajemnica, nie każdy chce jednak na to pozwolić.
Kerstin Gier sprawnie wprowadza czytelnika w czasy stylu rokoko oraz 1912 roku, gdzie królowały zupełnie inne, grzeczniejsze sukienki.  Rozbawiły mnie opisy tych rozłożystych sukien i fikuśnych spodni, a później przezabawne dialogi. Teraz już wiem, dlaczego ludzie tak dziwnie się na mnie patrzyli.  Z uwagi na niekontrolowane wybuchy śmiechu zalecam czytanie w odludnym miejscu. Czarujące okazały się również malownicze opisy Londynu w podczas tych okresów. Za każdym razem mogłam idealnie wyobrazić sobie wszystkie miejsca, jakie odwiedzali bohaterowie. Za to też Kerstin Gier otrzymuje ode mnie ukłony.
Rozdziały rozpoczynają się wstawkami pochodzącymi z Kronik Strażników. Ksiąg prowadzonych przez długie lata, gdzie członkowie Kręgów raportowali każdy dzień. Z tyłu znajduje się spis najważniejszych postaci, dzięki temu wiemy, kto jest, kim. Prolog wprowadził czytelnika w atmosferę tajemnicy. Początkowo nie wiadomo, kto bierze udział w tych wydarzeniach, ale po wyjawieniu kilku faktów sprytne osoby domyślą się. Poza tym, nie przewidziałam niczego i bardzo mnie korciło, by spojrzeć na tył książki, i ujrzeć zakończenie. Świadczy to o tym, że utrzymanie napięcia stoi w „Czerwieni…” na wysokim poziomie.
Podsumowując na pierwszą część „Trylogii czasu” warto poświęcić kilka godzin. Od pierwszej strony, aż do ostatniej, nie wypuściłam „Czerwieni rubinu” z rąk. Śmiało mogę zaliczyć ją do jednej z lepszych książek, jakie miałam okazję przeczytać. Wszystkim, którzy jeszcze nie zaczęli przygody z Gwendolyn, mogę powiedzieć tylko, żeby pędzili do najbliższej biblioteki lub księgarni.