„Prziecież nie da się zatrzymać
przy sobie kogoś, kto już odszedł. Nauczyłem się tego w najbardziej bolesny
sposób.” [s.179]
Nic nie jest pewne. No, może oprócz tego, że umrzemy. Ale
jak? Kiedy? Spokojnie, czy ze strachem? Nikt nie powinien tego wiedzieć,
prawda? I na szczęście, ludzie żyją z dnia na dzień, nie wiedzą nic o swojej
śmierci. Wszyscy… Wszyscy, oprócz bohaterów ostatniej już części „Numerów”
Rachel Ward. Oni wiedzą. Adam, Sara i mała Mia. Na pozór normalne osoby. Można
by powiedzieć nawet, że rodzina. Ale czy aby na pewno?
„Starcy mogliby się elegancko wycofać i pozostawić młodość młodzieży. (...) Mogliby się sobie długo i poważnie przyjrzeć swojemu niekończącemu się, nudnemu życiu i zadać sobie pytanie, czy mimo wszystko śmierć nie byłaby dla nich dobrym rozwiązaniem.” [s. 26]
Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się drugiej części „Deklaracji”. Po przewróceniu ostatniej kartki czułam pewien niedosyt, zapewne przez otwarte zakończenie, za którymi nie przepadam. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy okazało się, że owszem kontynuacja jest, tylko, ze muszę sobie trochę na nią poczekać. Tym bardziej ucieszyłam się, gdy wróciłam do domu, gdzie na biurku leżała skromna, niepozorna paczuszka... A jaka zawartość!
„Niebezpieczeństwo może przybierać różne formy.” [s. 138]
Peter, Anna i mały Ben są już bezpieczni. Stali się Legalni, dzięki czemu nie muszą się już obawiać Łapaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że w świecie, gdzie nigdy nie słychać dziecięcego śmiechu, ludzie nie mają zaufania do nowych mieszkańców, a nawet otwarcie nimi gardzą. Nie wszyscy są jednak zdania, ze nieśmiertelność to dobre rozwiązanie dla Matki Natury. Na terenie całego kraju prężnie działa ruch oporu, który walczy z ideą niekończącego się życia. Dlatego perełką staje się dla nich Peter, wnuk prezesa Pincent Pharma, firmy produkującej środki na Długowieczność. Jakie potworne sekrety odkryje chłopak podczas pracy w tej instytucji?
„W rzeczywistości nic nie jest wyłącznie białe albo czarne. Istnieje wiele odcieni szarości, Peter.” [s. 105]
Nie da się ukryć, w tej części Anna, znana nam już lepiej z poprzedniej części jako z początku potulna i cicha, teraz już pewniejsza siebie, choć nadal cicha, ustępuje miejsca Peterowi. Od tego momentu dziewczyna usuwa się w cień, dając trochę miejsca chłopakowi. Początkowo byłam tą zamianą zawiedziona; z Anną zdążyłam się już zaprzyjaźnić, za to Peter nadal jest dla mnie tajemniczy. Zresztą, wciąż nie jestem zachwycona wyborem autorki; według mnie chłopak nie ma odpowiednich cech. W „Deklaracji” popisał się przed nami niezwykłą odwagą i wiecznie optymistycznym spojrzeniem na świat. Później jednak nie udało mu się poradzić sobie z siecią kłamstw w koncernie farmaceutycznym dziadka, czego wynikiem jest częste zagubienie i pochopne podejmowanie decyzji. Nie sprzeciwiam się zmianom, wręcz przeciwnie. Jednak, gdy bohater staje się gorszy, to już dla mnie sygnał, ze coś tu nie pasuje.
Gemma Malley nie daje nam się nudzić nadal z tym samym zestawem postaci. Autorka do swojej opowieści wprowadziła między innymi Jude’a – nastoletniego hakera, który nieraz pomoże Podziemiu w walce z Długowiecznością, przez co staje się dla całej historii bardzo ważny. Nie otrzymujemy o nim zbyt wielu informacji; są one jednak wystarczające, żeby nie znienawidzić Jude’a na samym początku. Z czasem na jaw wychodzi kilka faktów, dzięki czemu chłopak przestaje być taki tajemniczy i można spokojnie zacząć się z nim zaprzyjaźniać. To ciekawy zabieg – z początku nie wiedziałam, czy bohater stanie po „tej dobrej stronie”, przez co jeszcze bardziej mnie intrygował.
„Nauka mówi nam, że rzadko mamy rację. Cała działalność naukowa polega na udowadnianiu, że ciągle się mylimy, nieprawdaż?” [s. 79]
Nie ukrywam, oczekiwania co do „W sieci” miałam duże, jeśli nie powiedzieć ogromne. W tym miejscu Malley mnie trochę zawiodła. Nie twierdzę, ze cała książka jest do bani, jednak po tak dobrej „Deklaracji” spodziewałam się tego uczucia, które mówi mi, że książka była genialna. Niestety „W sieci” mi tego nie przyniosło; zabrakło czegoś. Nadal myślę, że powieści Gemmy Malley mają potencjał, jednak w tej części nie udało jej się podnieść poziomu, który niestety spadł. Właśnie przez to „W sieci” wypada blado na tle innych powieści antyutopijnych.
„Ale nie powinnyśmy zawsze wierzyć w to, co się nam mówi, prawda, Peter?” [s. 56]
Tak jak w poprzedniej części, narracja prowadzona jest przez osobę tylko przypatrywującą się wydarzeniom, ale nie biorącej w nich udziału. Bardzo lubię ten sposób – nie muszę w nim słuchać łzawych wynurzeń bohaterów, dzięki czemu czytanie przychodzi tak jakoś ... łatwiej. Brakowało mi natomiast obecnych w poprzedniej części kartek z pamiętnika Anny. Tutaj już ich nie znalazłam, także sama dziewczyna nie dochodziła do głosu często.
„ – A Natura? – zapytał cicho.
- Natura?! – Dziadek potrząsnął głową z oburzeniem. – Jest naszym wrogiem, chłopcze. Zawsze nim była. Natura miała nad nami władzę, unicestwiała nas, jeśli miała tylko taką zachciankę, niszczyła nasze ciała nowotworami, zabijała kobiety podczas porodu i stwarzała zarazy, które pustoszyły całe miasta. Takie są właśnie dary Natury, Peter. Przyroda nie jest naszym sprzymierzeńcem.” [s. 104]
Mimo wszystko, druga część trylogii o Annie i Peterze nadal jest dobrym kawałkiem literatury i na pewno spodoba się wielbicielom wszelakich powieści antyutopijnych, jednak trzeba się liczyć z małym rozczarowaniem. Ja tym czasem zacznę wierzyć w to, że to zawsze druga część jest najgorsza. W każdym razie, ciekawa i oryginalna historia rekompensuje nam wszystkie niedociągnięcia i zachęca do poznania finału opowieści o zgubnych skutkach wiecznego życia.
Liczby towarzyszą nam wszędzie. Na każdym kroku widzimy numery. W sklepie, na ulicy, a nawet w domach przewijają nam się przed oczami szeregi liczb. Zwykle nie zwracamy na nie uwagi, ale Adam tak nie może. W każdym miejscu i o każdej porze jego umysł prześladują Numery. W oczach każdej napotkanej osoby widzi jej śmierć. A wystarczy jeden rzut oka... Czy chciałbyś tak żyć?
Adami widzi w oczach ludzi numery. Tak jak jego mama Jem zna datę śmierci każdego człowieka, nawet tego spotkanego przelotnie na ulicy. Ale coś się zbliża. Katastrofa, w której zginą miliony ludzi. Prawie każdy dookoła ma ten sam Numer. 112027. Co wydarzy się w Londynie 1 stycznia 2027? O zbliżającym się złu wie tylko Adam i Sara. A jak na złość nikt nie chce im wierzyć. Co to będzie? I co w tej sprawie może zrobić dwoje nastolatków?
Szczerze? Po drugiej części „Numerów” spodziewałam się tylko powtórki z rozrywki. W końcu co jeszcze można wymyślić na ten sam temat? Sięgając po książkę miałam przed sobą wizję kolejnej przeprawy przez schematy, które przecież znam już z pierwszej części. I tu pani Ward mnie miło zaskoczyła, bo otrzymałam zupełnie coś innego. O ile w pierwszej części niebezpieczeństwo nie sięga na aż tak wysoką skalę, to w dwójce osiągnęło ono szczyt. Niemalże do końca nie wiemy co wydarzy się tego feralnego dnia, więc nasze zainteresowanie wzrasta z każdą stroną. Zresztą nic dziwnego, książka musi mieć w sobie to „coś”, żebym przeczytała ją w niespełna jeden dzień. A więc „Numery. Chaos” ma tego „czegoś” pod dostatkiem...
Przyznam, że nie często mam okazję czytać książkę, gdzie jednym z głównych bohaterów jest chłopak, w tym przypadku Adam. Nie do końca było tak, że polubiłam go od pierwszej strony, z początku irytował mnie tą swoją niecierpliwością i łatwością, z jaką wpadał w kłopoty. Później zachodzi w nim przemiana – już nie jest taki jak przedtem, staje się przede wszystkim dojrzalszy i może troszeczkę mądrzejszy, ostrożniejszy. Tak, to będzie mniej więcej ten moment, w którym zaczynam go lubić.
To nie koniec, bo głównych bohaterów mamy dwóch. Sara to dziewczyna bardzo tajemnicza, nie lubi, gdy ktoś wie o niej za dużo. W ostatnim czasie została ciężko doświadczona przez los, na dodatek w miejscu, gdzie teoretycznie powinna czuć się bezpiecznie. To wydarzenie w znaczącym stopniu odbiło się na jej psychice, zostawiając w niej ślad, przez co dziewczyna jest bardzo nieufna i niechętnie poznaje ludzi. Z kolei Sarę polubiłam już na starcie. Wydaje się całkiem sympatyczną dziewczyną, tylko troszeczkę zamkniętą w sobie.
Jak to teraz często bywa, przebieg wydarzeń poznajemy dzięki pierwszoosobowemu sposobowi prowadzenia narracji. Jednak w tym przypadku autorka dodała do niego pewne urozmaicenie. Akcję, jak i swoje odczucia przekazują nam na przemian Adam i Sara. Z początku uważałam, że można by było to zmienić w reportaż trzecioosobowy, jednak z perspektywy czasu uznałam jednak pomysł pani Ward za dobry. Z pewnością nie poznalibyśmy wtedy tak wielu odczuć postaci, a przeżycia bohaterów zostałyby uogólnione.
W drugiej części „Numerów” odnajdą się także fani dystopii. Akcja dzieje się w dosyć niedalekiej przyszłości, dokładnie w 2026 roku, jednak autorka pokusiła się o zaprezentowanie czytelnikom kilku nowinek technicznych. Tak więc, z książki dowiadujemy się na przykład o czipowaniu nowonarodzonych dzieci. Jak dla mnie, nie chciałabym być kropką na ekranie, dlatego zwrócę jeszcze uwagę na wprowadzenie do szkół palmtopów i ogólne skomputeryzowanie oświaty. Co jak co, ale na to przystać mogę.
Rachel Ward ukazuje nam także swoją wizję przyszłości od strefy geograficznej czy biologicznej. Tak więc, w 2026 roku Japonii grożą kataklizmy w postaci wybuchów wulkanów, w Londynie przewiduje się zalanie wodą z Tamizy, a dodatkowo wszędzie występują problemy w dostawach prądu. A to już za czternaście lat! Fikcja literacka, czy może prawdopodobna wersja kataklizmów z przyszłości?
Ale w morzu zalet dopatrzyłam się także jednego minusa. Tak jak i zresztą w części poprzedniej, książka nadal pełna jest przekleństw. Książka jest nimi przepełniona, co niestety skutecznie przeszkadza w czytaniu. Jednak zauważyłam w warsztacie Rachel Ward pewną poprawę. Nauczyła się ona dawkować wulgaryzmy, dzięki czemu ich liczba zmniejszyła się i nie jest nim co drugie słowo. A więc, widzę postęp – mam nadzieję, że w kolejnym tomie będzie i jeszcze troszeczkę mniej.
Część druga bez wątpienia spodobała mi się bardziej niż pierwsza. Do Jem i Pająka przekonana do końca nie byłam (coś mi nie pasowało, żeby osoby nieco starsze ode mnie używały takiego słownictwa...), za to Adama i Sarę pożegnałam z pewnym niepokojem na twarzy. Zresztą, całe zakończenie było bardzo emocjonujące, dlatego z niecierpliwością będę wypatrywać „Przyszłości”. Dla wszystkich nieprzekonanych: „Numery. Chaos” to niebanalna powieść, poruszająca wiele ważnych tematów i dodatkowo przedstawiająca wizję przyszłości. Jak widać, każdy znajdzie coś dla siebie.
„ – Nie słyszałeś ich... na to musiałbyś mieć słuch Supermana – prychnęłam.
- A kto powiedział, że nie jestem Supermanem? – Patrzyłeś na mnie pod słońce, z jednym okiem zamkniętym. Wzruszyłam ramionami.
- Gdybyś był Supermanem, już byś mnie uratował – wymamrotałam.
- A kto powiedział, że cię nie uratowałem?
- Każdy by powiedział, że nie.
- No to każdy źle myśli.”*
Chyba każda dziewczynka, wzorem księżniczek z bajek, marzyła kiedyś o ratunku pochodzącym od księcia na białym koniu. Nieważne przed czym, byleby tylko móc odjechać w stronę zachodzącego słońca i żyć długo i szczęśliwie. Ale co jeśli będzie to ratunek od współczesnego świata? A dodatkowo ratunek w formie porwania?
Taką sytuację przeżyła szesnastoletnia Gemma. Lotnisko. Chwila do odlotu. Kłótnia z rodzicami i wycieczka do baru po kawę. Niestety, Gemmie brakuje monet. Ale co to? Jakiś przystojniak proponuje, że za nią zapłaci, a dodatkowo załatwia gdzieś ostatnie wolne krzesełko... Po prostu bajka, nie? Jednak w następnej chwili już tak kolorowo nie jest, a Gemma budzi się związana, odurzona i ukryta nie wiadomo gdzie. Zdana na łaskę i niełaskę porywacza. Ale czy to idealny moment na miłość?
Tak w skrócie można przedstawić fabułę „Uprowadzonej”, książki, która tylko z pozoru wydaje się nijaka i bez wyrazu. Jednak w środku kryje się coś więcej, z kąta nie wyłażą wampiry, a przedstawiona rzeczywistość nie jest nierealna. Gdzie swoją historię opowiada nam Gemma – teoretycznie przypadkowa dziewczyna, którą poznajemy na chwilę przed porwaniem. Od razu pomyślałam sobie, że córka „nadzianych” rodziców będzie kapryśna i rozpuszczona . Dlatego mocno zdziwiłam się, kiedy okazało się, że Gemma umie kopać, drapać i bić się, a nawet coś w tej pięknej główce ma.
Przebieg wydarzeń poznajemy z jej pespektywy, dlatego to szczególnie psychika tej postaci powinna zostać dobrze nakreślona. Pani Christopher ładnie wybrnęła tutaj z zadania, więc Gemma wydaje się być prawdziwą osobą, a nie szelestem kartek. Każde jej zachowanie zostało wystarczająco dobrze wyjaśnione, dzięki czemu nie miałam wrażenia, że dziewczyna działa chaotycznie i bez żadnego wcześniejszego przemyślenia.
Przez większą cześć książki mamy do czynienia z dwójką bohaterów. Drugim z nich jest Tyler, domniemany porywacz, który jednak uważa, że uczynił odwrotnie. Na początku kompletnie go nie rozumiałam i miałam ochotę posłać go na drzewo. Z czasem jednak udało mi się wykrzesać jeszcze odrobinę sympatii, bo Lucy Christopher postanowiła pokazać go w innym świetle, niż zawsze są postrzegani porywacze. Za to wielki plus, bo do tej pory jeszcze nikomu nie udało się manipulować moim „lubieniem’ bohaterów.
Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy zaraz po przeczytaniu pierwszego zdania była nietypowa forma książki. Autorka postanowiła, ze opowie wszystko z perspektywy Gemmy, z tym, że mamy okazję przeczytać prywatny list dziewczyny do samego porywacza. Nigdy się z czymś takim nie spotkałam, więc na początku przekonana nie byłam, na szczęście później ten sposób bardzo przypadł mi do gustu, bo mogłam poniekąd poznać także myśli Tylera. Okazuje się, że wypada to całkiem ciekawie i jest miłą odmianą po łzawej narracji pierwszoosobowej w wielu młodzieżówkach.
Wybierając do recenzji „Uprowadzoną” nie spodziewałam się takiej skłaniającej do refleksji i mimo wszystko napisanej przyjaznym językiem książki. Byłam nastawiona bardziej na kolejne romansidło, z tym że obsadzone w nietypowej scenerii. Tymczasem historia opisana przez Lucy Christopher wciągnęła mnie tak, że całość pochłonęłam w nieco ponad dwa dni. Dlatego też w podsumowaniu, polecam tę powieść każdemu, kto ma ochotę na coś innego, a przy tym ciekawego. Myślę, że spodoba się każdemu, bez uwagi na wiek i upodobania czytelnicze. Czy może być lepsza rekomendacja?
**Lucy Christopher, „Uprowadzona”, przeł. Anna Dorota-Kamińska, Wydawnictwo Wilga, 2010, s.148.
Za zaproszenie do umysłu porywacza dziękuję wydawnictwu Wilga!
**********************************
Dokładnie przez tydzień nie będę obecna ani tutaj, ani na Waszych blogach. Powód bardzo majówkowy - zwyczajnie znudziły mnie moje cztery ściany i wyjeżdżam. Ale za tydzień wszystko wróci do normy :)
Jak wyglądałby świat, po wynalezieniu leku na Długowieczność? To proste – planeta zaczęłaby się przeludniać. Dlatego w 2065 roku wprowadzonoby Deklarację, która pozwalała posiadać tylko jedno dziecko. Ale po jakimś czasie w świecie Matki Natury znowu zaczęłoby brakować miejsca, więc w 2080 roku wprowadzonoby zakaz posiadania dzieci. Jak wyglądałby świat bez dziecięcego chichotu, czy młodzieńczych zabaw? Może właśnie tak, jak przedstawiła to Gemma Malley?
Anna żyje w Grange Hall, zakładzie dla nadmiarów, niemalże od urodzenia. Zna Swoje Miejsce, a każdy jej ruch, każda decyzja, jest podporządkowywania pani Pincent, przełożonej zakładu, której Anna pragnie się przypodobać, by móc wreszcie stać się Użyteczną. Ulegając propagandzie, myśli, że jej rodzice są egoistami, że nigdy nie powinni działać wbrew Deklaracji. Dlatego, gdy do zakłady trafia Peter, chłopak próbujący wmówić Annie, że zna jej rodziców, i że oni za nią bardzo tęsknią, dziewczyna nie che mu wierzyć. Ale, gdy na jaw wychodzą pewne sprawy, a wszystko się komplikuje, dziewczyna nie jest już pewna niczego. Co postanowi Anna, uciec z Grange Hall, żeby zacząć nowe życie, czy zdecyduje się pozostać w zakładzie, miejscu, gdzie poniżano ją, odkąd pamięta?
Narracja w książce jest prowadzona dwojako. Pierwszy z nich to forma pamiętnika, przebieg wydarzeń i swoje przemyślenia przekazuje nam sama Anna. Szczerze mówiąc, na początku nie przepadł mi on do gustu. Wypowiedzi Anny były pełne nienawiści do rodziców, do samej siebie, przepełnione uwielbieniem dla bezdusznej pani Pincent, czy zachwytami nad ideą Deklaracji. Na szczęście później otwierają jej się oczy, a w Anna wreszcie przelewa na papier swoje prawdziwe myśli. Wreszcie patrzy na świat po swojemu, a nie przez pryzmat nienawiści do życia. Dopiero wtedy ten sposób prowadzenia narracji mi się spodobał, bo wcześniej irytowało mnie to, jak Anna ma przeprany mózg.
Drugi sposób to narracja trzecioosobowa, tak często ostatnio porzucana na rzecz pierwszoosobowej. W niej autorka przestaje skupiać się na wewnętrznej przemianie Anny i to przede wszystkim dzięki narratorowi wszechwiedzącemu poznajemy przebieg akcji. Obawiałam się, że przeskoki między sposobami opowiadania będą zbyt częste, co utrudni mi wczucie się zarówno w wydarzenia, jak i w myśli Anny. Szczęśliwie, tak się nie stało, a obie formy są jak najbardziej spójne i nie miałam problemu z 'przestawianiem' się na poszczególne z nich.
Bohaterowie w „Deklaracji” są niezwykle dobrze wykreowani. Na pierwszy rzut oka widać, że Anna ma swój charakterek, przysłonięty tylko nieco surowym trzymaniem dyscypliny w Grange Hall. Początkowo miałam ochotę wręcz ją udusić za jej bezsprzeciwowe zgadzanie się na każdą niegodziwość, czy poniżenie, ale w ten sposób autorka chciała pokazać, jak Deklaracja działa na nadmiary i w jaki sposób są one traktowane. Przez całą książkę mamy okazję obserwować z ukrycia przemianę Anny, jak potulnie zgadza się na wszystko i zwyczajnie nie zauważa, że podział na legalnych i nadmiary jest niesprawiedliwy, by później zaprotestować i walczyć o prawa, które powinny być dla każdego człowieka.
Kolejną ważną postacią dla przebiegu akcji jest Peter. Jego z kolei polubiłam od razu. Kiedy Anna ciskała w niego błyskawicami i odsuwała jak najdalej od siebie, czy próbowała odciąć kontakt, ja uśmiechałam się do niego przez kartki, oraz ze zniecierpliwieniem czekałam, aż dziewczyna zmieni zdanie. Mimo że raczej nie zalicza się do męskich bohaterów paranormali, to ja z chęcią go tam dopisuję. Za co? Przede wszystkim za jego upór i walkę o wolność, a także ciągle obecną nadzieję, gdy wszyscy inni już ją stracili.
Wizja świata przedstawionego przez Gemmę Malley jest przerażająca. W straszliwy sposób pokazuje rozwój technologii w przyszłości, gdzie nieśmiertelność ważniejsza jest niż prawa drugiego człowieka. W świecie przyszłości dążenie do przedłużających zdrowotność leków staje się priorytetem, a środki, czy sposób nie mają znaczenia. Ludzie z branży farmakologicznej są gotowi zrobić wszystko, żeby zarobić, wliczając w to nawet cenę ludzkiego istnienia. W takim świecie autorka wprowadza promyczek nadziei – parę młodych ludzi, gotowych poświęcić wszystko dla potrzebnych zmian.
Był nurt na powieści typu paranormal romance, teraz nastał czas dla antyutopii. Dla mnie to akurat dobrze, ponieważ zaczęłam darzyć ten motyw większą sympatią. Z czasem będzie coraz ciężej znaleźć jakąś dobrą, wybijająca się z szeregów książkę, jaką z pewnością jest „Deklaracja”. Powieść Gemmy Malley to historia interesująca, przy której nie ma mowy o znużeniu. Świat przedstawiony przez autorkę wciąga bez reszty, mimo że czasami przeraża, więc mnie nie pozostaje zrobić nic innego, jak zachęcić wszystkich do zapoznania się z kolejną niepokojącą wizją przyszłości.
„Nadmiar to coś zbędnego. Niepotrzebnego. Nie można być nadmiarem, jeśli ktoś cię potrzebuje. Nie można być nadmiarem, jeśli ktoś cię kocha.”
Wizję przyszłości ukazaną w książce Gemmy Malley mogłam poznać dzięki uprzejmości wydawnictwa Wilga. Dziękuję!
„Śmierć jest zupełnie normalna, nie wiem, dlaczego wszyscy mają z nią takie problemy. Przecież i tak musimy się z tym pogodzić.”
Jak to jest znać daty śmierci wszystkich ludzi na świecie? Jak to jest widzieć Numery? Na to pytanie najlepiej chyba odpowiedziałaby nam Jem – bohaterka pierwszego tomu serii Rachel Ward, dla której „Czas uciekać” było debiutem literackim. Wbrew powszechnie panującej modzie na wszelkie istoty paranormalne pani Ward postanowiła uraczyć nas czymś zupełnie nowym, z czym przynajmniej ja jeszcze się nie spotkałam. Tutaj przechodzimy do istotnego pytania, czy historia Jem potrafiła mnie zaciekawić? Czy może książka nie jest warta tylu pochwał?
Numery prześladują piętnastoletnią Jem na każdym kroku, w każdej chwili życia. Znała datę śmierci swojej matki, która umarła gdy dziewczynka miała zaledwie siedem lat. Od tej pory rozpoczyna się tułaczka po sierocińcach, rodzinach zastępczych i opiekach społecznych i kłopoty z przystosowaniem do innych ludzi. Znając datę śmierci każdej osoby, której spojrzy w oczy, nie jest jej łatwo przebywać wśród ludzi. Dlatego ucieka – przed opiekunami, rówieśnikami, policją i innymi ludźmi. Nie potrafi skupić się na lekcjach, więc coraz częściej wagaruje. Przez innych postrzegana jest jako zła nastolatka, którą lepiej omijać z daleka. Z czasem, Jem zaczyna się zaprzyjaźniać z kolegą z klasy – Pająkiem. Z uwagi na to, że Jem wie, że jej najlepszemu przyjacielowi zostały tylko trzy miesiące życia, jest jej bardzo trudno. Przypadek sprawia, że w dniu zamachu terrorystycznego na London Eye młodzi znajdują się w pobliżu. Jem widzi w oczach ludzi dookoła dzisiejszą datę, więc oboje szybko stamtąd uciekają. Zwracają tym na siebie uwagę policji, więc wiedzą, że czas uciekać...
Myślę, że oprócz interesującej fabuły „Czas uciekać” ma jeszcze wiele innych atutów. Jednym z nich jest niezwykła kreacja bohaterów. Zazwyczaj na rolę głównej bohaterki autorki wybierają głupiutkie amerykańskie nastolatki, ale mnie się już to nieco znudziło. Dlatego ucieszyłam się, gdy na pierwszej stronie poznałam Jem. Daleko jej do ideału nastolatka, ale zaskarbiła sobie moją sympatię tą wolą zmian i buntu, tym że potrafiła postawić się rówieśnikom, którzy nie zawsze mieli dobre zamiary. Poza tym, Jem charakteryzuje silna osobowość, na którą złożyło się wiele czynników, w tym śmierć matki i ogólna samotność.
Drugim z bohaterów jest Pająk – również piętnastoletni, czarnoskóry chłopak, który także wychowywał się bez matki. Rzeczą przemawiającą na jego korzyść były zarówno wady, jak i zalety. Ale mój uśmiech wywoływały przede wszystkim jego, często humorystyczne, wypowiedzi. Przekazywał Jem, a razem z nią czytelnikowi, promyczek nadziei w ich niezbyt korzystnym położeniu.
Na przykładzie tej dwójki autorka pokazuje życie i wychowanie sierot w dużym mieście. Bardzo ciekawe było obsadzenie akcji głównie we współczesnym Londynie, na który mogliśmy patrzeć z perspektywy Jem, która należycie zwraca naszą uwagę na tło społeczne tego miasta.
Szkoda tylko, że bohaterów drugoplanowych było tak mało. Jeśli już się jacyś pojawiali, to znikali równie szybko. Nawet nie miałam czasu poznać bliżej żadnego z nich, nie mówiąc już o polubieniu.
Jak już wspomniałam, w całej powieści nie pojawia się nawet jedna wzmianka o wampirach, czy wilkołakach, lub jeszcze czymś innym. Książka bazuje na jednym elemencie fantastycznym, a wszystko inne mogłoby się wydarzyć w rzeczywistości. Dlatego myślę, że pomysł na fabułę został należycie wykorzystany, a ja czuję się w pełni zainteresowana kolejnymi częściami.
Język autorki jest prosty i nieskomplikowany, co bardzo ułatwia odbiór powieści. Jest jednak jeden mankament, który zabiera ‘Numerom” aż trzy punkty w mojej skali. Niestety, czasami Rachel Ward starała się zbytnio uwspółcześnić książkę slangiem młodzieżowym, a nawet wulgaryzmami. Rozumiem, są takie momenty, gdy człowiekowi nie przychodzi na myśl nic innego jak przekleństwo, ale myślę, że została naruszona niewidzialna granica. Cała książka, a zwłaszcza pierwsza jej połowa jest aż naszpikowana zwrotami niezbyt ładnymi. Czasami zastanawiałam się, czy osoby nieco ode mnie starsze rzeczywiście tak się wyrażają.
Podsumowując, „Numery. Czas uciekać” mimo paru niedociągnięć czyta się całkiem miło i szybko. Chociaż wielu osobom nie spodoba się język, pełen wulgaryzmów i zwrotów potocznych to warto sięgną po tę książkę chociażby z powodu poruszaniu przez nią wielu uniwersalnych problemów, takich jak rasizm, nietolerancja, narkomania i wielu innych, z jakimi styka się współczesna młodzież. „Numery” to także historia z przesłaniem, uświadamiająca ludziom, że życie kiedyś się kończy i to jest nieuniknione. I że musimy zrobić wszystko, żeby to nas nie przytłoczyło.
„Numery” polecam szczególnie osobom w wieku głównej bohaterki, ale także ci starsi powinni znaleźć w niej coś dla siebie.
„Zróbcie coś dla mnie - nigdy się nie zmieniajcie.”
Z Maggie Stiefvater spotkałam się już podczas czytania „Lamentu”. Książka ta nie przemówiła do mnie, uważam ją za nienajlepszą. Postanowiłam dać autorce jeszcze jedną szansę w postaci „Drżenia”, o której było swego czasu głośno. Jedyne moje wyobrażenie o wilkołakach to postać Jacoba ze Zmierzchu. Przyznacie, niezbyt trafne. Tym bardziej ucieszyłam się, kiedy przeczytałam, że książka opowiada właśnie o nich.
Krótko o fabule, Grace jako dziecko została zaatakowana przez wilki. Już by nie żyła, gdyby nie przecudny wilk o złotych oczach. Od tego czasu dawno powinna stać się wilkołakiem. Dlaczego do tego nie doszło? Tymczasem cała szkoła huczy o kolejnym ataku wilków. Jack Culpeper, kolega Grace nie miał tyle szczęścia, a po miasteczku rozchodzi się wieść, że nie żyje. W tym samym czasie dziewczyna poznaje chłopaka o identycznych, złotych oczach, co oczy wilka. To Sam – wilkołak, a Grace nie potrafi powstrzymać ciągnących ją do niego uczuć. Okazuje się, że dziewczyna będzie musiała walczyć o Sama, z każdym dniem spada temperatura, mająca duży wpływ na przemianę…
Grace już od początku książki wydawała mi się mdła. Nie znalazłam chociażby wzmianki, czym się ona interesuje. Na tym polu lepiej wypada Olivia, przyjaciółka Grace. Olivia uwielbia robić zdjęcia, nie rozstaje się z aparatem, a każda odbitka (według opisu) jest niezwykła i niespotykana. Nie miałam mówić o postaciach drugoplanowych, więc znowu skupię się na Grace. Wśród wielu niewiadomych odszukałam u niej pozytywną cechę – umie stanąć na wysokości zadania. Nie spotkałam się z momentem, w którym nie zniosłaby wszystkiego z zimną krwią, nawet pod koniec, gdzie dramatyzm chwilowo się podniósł. Oprócz tego wiem jeszcze, że jej rodziców ciągle nie ma w domu i musi radzić sobie sama.
Kolejną ważną postacią jest Sam. Wzruszające było jego przywiązanie do Grace. Nawet pod postacią wilka obserwował jej dom ze znajdującego się nieopodal lasu. Z każdą przemianą traci cząstkę siebie, tym samym zbliża się do wiecznej postaci wilka. Sam czuje, że to jego ostatnie lato, że ostatni czas patrzy na świat ludzkimi oczami. Żadne z głównych bohaterów nie chce się na to zgodzić, więc rozpoczynają dramatyczną walkę z niewidzialnym wrogiem – zimnem.
Ciekawym pomysłem było obsadzenie roli narratora w dwóch osobach – Grace i Samie. Trudno mi określić, który sposób spodobał mi się bardziej. Myślę, że oba są porównywalne. Jedyna różnica, jaką wyłapałam, Sam opisywał wszystko bardzie poetycko, czasami za pomocą wierszy i słów piosenek, za to Grace mocno stąpała po ziemi.
Na początku każdego rozdziału znajduje się informacja kto opowiada nam o wydarzeniach, a zaraz później temperatura panująca w Mercy Falls. Jak dla mnie, to bardzo przydatne, bez imienia narratora ciężko byłoby mi się połapać, o kim teraz czytam. Jeśli chodzi o temperaturę, dawała ona pewien zarys niebezpieczeństwa. Irytowały mnie jednak zbyt duże przeskoki w czasie (zauważalne właśnie przez zapis temperatury). Jednego dnia mamy -9, by w następnych rozdziale znaleźć się podczas gorącego lata. Trochę mi to przeszkadzało, ale na szczęście takie wypadki zdarzały się sporadycznie.
Czym jest książka oprócz wątku miłosnego? Praktycznie niczym. Nie da się ukryć, poszczególne wydarzenia mające wzbogacić książkę, wydawały mi się niedorysowane. Jako przykład podam jedno z nich: w mniej więcej połowie, przed Grace pojawia się widmo niebezpieczeństwa w postaci zazdrosnej wilczycy. Już liczyłam na jakąś akcję, ale zanim się obejrzałam strach przeminął i ustąpił miejsca szczęśliwym chwilom zakochanych.
Tak samo jak główna bohaterka, akcja wydawała mi się nudna i dosyć przewidywalna. Kilka razy zdarzyło mi się zgadnąć wydarzenia w następnej scenie. Dla mnie wyznacznikiem dobrej lektury jest niechęć odkładania jej na później, kiedy chce się od razu poznać dalsze losy bohaterów. Podczas czytania „Drżenia” czegoś takiego nie było, nawet kilka razy przyłapywałam się na zwyczajnym odłożeniu książki i zajęciu się czymś innym. Nawet po drodze do końca po prostu zaczęłam czytać coś innego. Niestety jednak terminy w bibliotece mnie gonią, a nie byłam zadowolona perspektywą oddania nieprzeczytanej książki.
Do „Drżenia” miałam bardzo duże oczekiwania utworzone po naczytaniu się tylu pozytywnych opinii, ale wielka szkoda, że się zawiodłam. Chciałam znaleźć perełkę w morzu czytadeł ale w moim odczuciu „Drżenie” okazało się jednym z nich. Historia Grace i Sama ma w sobie potencjał, nie mówię, że od początku do końca jest zła. Jak widać powyżej, znalazłam kilka plusików i mam nadzieję, że autorka rozwinie swój warsztat pisarski w następnej części, po którą sięgnę raczej z niechęci do nieukończenia rozpoczętych serii.