Lubisz baśnie? Nawet nie próbuj udawać, że jesteś na nie za
stary. Nikt nie może być. Pamiętasz, jak mama czytała ci baśnie przed snem?
Mimo, ze przecież już od dawna znałeś je na pamięć, słuchanie nie nudziło cię,
uspokajało. Wtedy to było naturalne, niestety teraz wielu dorosłych próbuje
ukryć swoje wewnętrzne dziecko. Ale dlaczego? Przecież czasami warto się
odstresować, poczuć przez chwilę tak, jakbyś sam znalazł się nagle w takiej
baśni. Nawet nie musisz mieć wtedy wybujałej wyobraźni – wystarczy książka. Na
przykład „Królestwo łabędzi”…
„ – Ciekaw jestem, co znajduje
się za morzem. (…) Czy wszystko kończy się właśnie tam, gdzie zachodzi słońce?
Czy są tam jeszcze inne lądy, inni ludzie?
- Moja matka mówiła mi, że ptaki, dzikie gęsi i łabędzie odlatują za wielką
wodę, kiedy zbliża się zima i wracają wiosną. (…) Musi coś być tam, gdzie
zachodzi słońce. Miejsce, w którym dzikie łabędzie chronią się przed mrozem.”
[s. 113]
„Miłość nadciąga jak burzowe chmury, ucieka przed wiatrem i rzuca cienie na Księżyc.” [s. 5]
Czy znacie bajkę o Kopciuszku? Oczywiście, że tak. Chyba nie ma osoby, która w dzieciństwie nie czytała tej przesyconej magią opowieści. Mnie przeszkadzała tylko jedna rzecz: bohaterka nie potrafiła postawić się złej macosze i żyć po swojemu. W takim razie, co by było, gdyby Kopciuszek wzięła sprawy w swoje ręce? Wtedy powstałyby „Cienie na Księżycu”.
„Nie oglądaj się za siebie.” [s. 193]
Kilkunastoletnia Suzume dowiaduje się, że jej ojczym stoi za śmiercią jej ojca. Postanawia się zemścić. Dzięki niedawno odkrytym umiejętnościom magicznym ukrywa się w kuchni pałacu ojczyma, później ucieka na ulice miasta i wydostaje się z więzienia. Aż w końcu znajduje sposób na pomszczenie ojca. Wie, że musi zdobyć względy Księżycowego Księcia. Ale nawet, jeżeli potrafi ukryć się przed oczami innych ludzi, to serce jest bardziej przenikliwe...
„Jesteśmy ludźmi pokoju i czujemy odrazę do zabijania, ale mamy bogate ziemie i musimy umieć ich bronić. Nasi synowie i córki walczą i polują, i szanujemy ich za to. Ale nie dlatego, ze wiemy, co znoszą, aby wypełnić swoje obowiązki. Zabić znaczy tyle co zniszczyć, a zniszczenie niesie ze sobą rozpacz.” [s. 162]
Opisanie historii Suzume zajęło Zoe Marriott ponad półtora roku. Większość tego czasu z pewnością autorka spędziła na zbieraniu informacji na temat Japonii. I okazuje się, że ten czas został spożytkowany, bo na kartach „Cieni na Księżycu” czuje się atmosferę Japonii. Nie sposób nie zwrócić uwagi na zarysowanie obowiązków służby, jak i całej drabiny feudalnej społeczeństwa. Na klimat wpływają także wielobarwne kimona, ozdobne spinki wpinane we włosy przez kobiety, czy ceremonie picia herbaty. Dzięki tym z pozoru nikłym szczegółom, Zoe Marriott stworzyła niezwykłą opowieść osadzoną w Japonii.
Tak a propos słowniczka, chyba jednak wolę, jeśli przypisy są umieszczone pod tekstem, na dole strony. Za każdym razem, gdy pojawiało się nieznane określenie, musiałam przekopywać się na sam koniec książki i szukać tam „swojego wyrazu”. Zwłaszcza na początku, kiedy tych wyrazów autorka umieściła najwięcej, stawało się to bardzo irytujące.
„Jeśli teraz mogłabyś coś zrobić, coś zmienić, Yue? Co by to było? Nie myślę o rzeczach niemożliwych. Myślę o czymś, co można sobie wypracować i zdobyć tylko dzięki sobie. Czy jest coś, czego byś chciała?” [s. 263]
Autorka powiedziała kiedyś, że chciała stworzyć takiego Kopciuszka, który nie byłby bezbronny. W pewnym sensie jej się to udało, Suzume jest tkaczką cieni. Oznacza to mniej więcej tyle, że może nakładać na siebie iluzje, sprawiać, że w oczach ludzi wygląda jak chce. Nieco nie spodobał mi się moment, którym Suzume dowiaduje się o swoich umiejętnościach. Zoe go bardzo spłaszczyła, przez co dziewczyna wydaje się w tym momencie niesamowicie płytka i kompletnie nie zainteresowana. Bardzo skupia się za to na smutku i ukrywaniu swojej żałoby, co za często prowadziło ją do samookaleczeń, czyli zrobiło z naszej Suzume coś na kształt emo. Nijak mi to pasowało, doskwierał mi także fakt, ze autorka przedstawiła to w sposób najzupełniej naturalny. Zero potępienia, Suzume martwiła się tylko, czy uda jej się dostatecznie ukryć blizny.
Pozostałe postacie są raczej epizodyczne, więc Marriott nie poświeciła im dużo uwagi.
„Czasami ludzie, choć wcale tego nie chcą, ranią się nawzajem. Tylko dlatego, ze są tacy, jacy są, dlatego, ze żyją.” [s. 297]
Narracja pierwszoosobowa zarabia sobie na solidny plus. Dzięki niej szczegółowo możemy poznać główną bohaterkę i przeżyć z nią wszystko, począwszy od wizyty żołnierzy w domu rodzinnym. Wraz z biegiem wydarzeń jej spojrzenie na świat wyostrza się, Suzume nie jest już rozpieszczoną dziewczynką, ale musi uczyć się o siebie zadbać. Autorka popisała się szczególnie w sferze uczuć’ te przedstawiła dokładnie, zarazem nie przytłaczając czytelnika natłokiem uczuć Suzume.
Na koniec przyznam, że spodziewałam się chyba czegoś innego, ale Cienie na Księżycu” wciąż są lekturą godną przeczytania. Mimo tego, że historia miłosna zdawała się być płytka i naciągana, to pozostałe aspekty to reasumują, dzięki czemu książkę czyta się przyjemnie. Nie nazwę tego dziełem wybitnym, ale nie sposób nie zwrócić uwagi na ogrom pracy, jaki autorka włożyła w powstanie powieści, co korzystnie odbiło się na całokształcie.